czwartek, 13 grudnia 2012

Kropla


Pewna mała, zimna, lekka kropla wody czekała cierpliwie na swoją kolej, by wyruszyć w podróż życia. Jej wielki dzień poprzedzony był latami wędrówek na pokładzie chmury. W końcu nadszedł dzień wielkiej podróży na ziemię. Ustawiwszy się przy jednej dziurze z sitka chmurowego, usłyszała tylko lekki świst wiatru porywający ją gdzieś gwałtownie, a po chwili szybowała już po niebie, z niedużą prędkością, ale z jakże wielkim zadowoleniem. Po kilkunastu minutach lotu zaczęła dostrzegać jakieś wyłaniające się zza mgły kontury ziemskich kształtów, miały być one celem jej przygody życia, niezapomnianej i długo wyczekiwanej podróży na ziemię. Z tego powodu każda zmiana kierunku, każdy obrót, salto, zapisywał się w jej pamięci na zawsze.

To już ostatnia prosta jej trasy. Teraz musi tylko wycelować i zgrabnie wylądować w jak najbardziej suchym miejscu, bowiem nie padało już bardzo długo, z tego powodu każdy punkt na zeschłej ziemi musi dziś otrzymać przynajmniej kilka wiader  takich kropel. 
Jest, udało się!  Już wylądowała, jako pierwsza ze wszystkich, jak bohaterka, która uratuje mnóstwo ludzi od głodu i kolosalnego pragnienia, jakie zawitało w ustach mieszkańców tych suchych skrajów pustyni.

Kropla, która spełniła swoją misję, miała być odpowiedzią na modlitwę Eliasza. W chwili kiedy woda dotarła na ziemię, aniołowie podskoczyli pod niebiosa, a następnie z radością przyglądali się, jak mokre fale zalewają przebłagane tereny. Ostatni raz miało to miejsce podczas potopu, ale wtedy z wyczekiwaniem aniołowie przyglądali się, aż ostatnia kropla spadnie z misją zakończenia opadów. Lecz tym razem misja miała nazywać się  „posucha”, a nie jak to miało już miejsce w przypadku tej znanej na całej ziemi, poprzedniej misji „potop”. Dzięki usilnej modlitwie Eliasza misja wykonana. Dzięki Bożej mocy i Jego obietnicy Eliasz doświadczył, jak zimny deszcze zalewa rozpalone od słońca tereny. To już koniec tego wielkiego wydarzenia, wszyscy aniołowie zabrali się za pracę nad kolejnym projektem. 

Co jest twoją misją, twoim celem w tej podróży życia? Jakie projekty Boże realizują się w twoim życiu? Czy aniołowie podskoczyli już z radości po zrealizowanym projekcie 'nawrócenie' w twoim życiu? 

Kilion


niedziela, 9 września 2012

Bóg biega nawet w deszczu


W relacji z Bogiem często mówi się o wytrwałości. Mamy być wytrwali w modlitwie, w „doświadczeniu”, w przestrzeganiu przykazań itp. Sam mam z wytrwałością piramidalny problem. Umówiliśmy się ze znajomym, że w każdy wtorkowy wieczór będziemy biegać. Niczego bardziej nie oczekuję, niż chmur i deszczu w każde wtorkowe popołudnie.

Ale czy myślimy czasem o Bożej wytrwałości? Nic mi tak nie imponuje, jak Boża wytrwałość. Spójrzmy na prehistorię (1 Mż 1-11). Bóg stwarza człowieka, człowiek okazuje się nieposłuszny (Adam i Ewa). Bóg dał człowiekowi ubranie, pozwolił mu mimo upadku panować nad ziemią, człowiek dopuszcza się bratobójstwa (Kain zabił Abla). Bóg zabezpieczył człowieka znakiem przed zemstą (Kain otrzymuje znak na czoło), człowiek popadł w moralne bagno zepsucia. Bóg okazał łaskę ratując od potopu (Noe), człowiek postanowił wybudować wieżę Babel. Ten schemat powtarza się do dzisiaj. Wygląda na to, że w relacji Bóg-człowiek to Jego wytrwałość jest bardziej znacząca. Od niej wszystko się zaczęło. Bez Bożej wytrwałości człowiek nie przetrwa…

Salomon, po wybudowaniu świątyni, podczas jej poświęcenia powiedział, że „ziściła się każda obietnica ze wszystkich Jego [Boga] dobrych obietnic, jakie dał przez Mojżesza, sługę swego” (1 Krl 8,56b). Sam doświadczam spełniania się dobrych, Bożych obietnic w moim życiu. Te obietnice spełniają się nie na zasadzie „uczciwej wymiany”, tzn. Bóg mi coś daje, bo jestem szykownym studentem teologii. On spełnia obietnice, ponieważ jest wytrwały w tym, co postanowił. Pracuje nade mną. Nie zniechęca się moim zachowaniem, nie wymawia się na niesprzyjające warunki. Postanowił mnie zbawić i wytrwale to postanowienie realizuje. I choćby nawet przyszło tysiąc atletów i zjadło tysiąc kotletów, Bóg nie zmieni swojego postanowienia.

Jestem rozpuszczonym bachorem. Potrzebuję wiele Bożej cierpliwości. A gdyby nie Jego wytrwałość, musiałbym obejść się smakiem, jeśli chodzi o zbawienie. Na szczęście Bóg biega nawet w deszczu. 

Machlon

środa, 25 lipca 2012

Siedzący na cherubach

Jeśli chcemy w tekście zaznaczyć, że coś jest naprawdę ważne używamy kilku sposobów. Podkreślamy jakiś fragment, pogrubiamy istotne słowa, zaznaczamy frazę kolorem, używamy wykrzykników, piszemy na marginesie „ważne” itp. Wszystko, o czym mówił Jezus jest ważne, ale kiedy chciał szczególnie uwypuklić pewną rzecz, używał sformułowania „zaprawdę powiadam wam” (Mt 6,2). Ewangelista Jan, przed ważnymi wypowiedziami Jezusa, powtarza nawet słowo „zaprawdę” drugi raz – „zaprawdę, zaprawdę powiadam wam” (J 1,51). Język grecki używa w tych miejscach słowa „amen”. Język hebrajski zna jeszcze inny sposób, by zwrócić naszą uwagę na najistotniejsze rzeczy. Chcąc powiedzieć, że coś jest „naj, naj, naj!!!” powtarza tę rzecz drugi lub trzeci raz.

A teraz spójrzmy na werset Iz 6,3: „Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów!”. Widzieliście, żeby gdziekolwiek w Biblii było napisane „Bóg jest łaskawy, łaskawy, łaskawy”? Albo „Bóg jest miłością, miłością, miłością”? Ja też nie widziałem. To chyba znaczy, że świętość jest cechą Boga, która przenika wszystkie inne. Cechą, która jest „naj, naj, naj!!!” ze wszystkich, które możemy na podstawie Biblii wymienić. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to musimy, musimy, musimy! zwrócić na tę cechę szczególną uwagę.

Problem w tym, że świętość jest chyba najtrudniejszą do wytłumaczenia cechą Boga. Nawet kiedy spotkamy słowo „świętość” w innych językach – holiness, Heiligkeit, sainteté, святість, utakatifu – i, używając translatora google, przetłumaczymy je na polski, ono dalej pozostanie dla nas obce. Na matematyce uczyłem się, że prosta to taka nieskończenie długa kreska. Wyobraźmy sobie (to nie będzie logiczne), że na jednym jej końcu (mówiłem, że to nie będzie logiczne) jest Święty Bóg, a na drugim grzeszny człowiek. Jak grzeszny człowiek, może mówić o czymś, co jest poza zasięgiem jego rozumienia, logiki, semantyki? Świętość odróżnia Boga od Jego stworzeń. Boża świętość to coś więcej, niż moralna doskonałość i bezgrzeszna natura. Świętość sprawia, że Bóg jest inny, diametralnie różny niż my, oddzielony od nas, od grzechu, od tego, co na świecie.

Nie rozumiemy świętości dlatego, że świętość to wymiar Boga, którego człowiek jest pozbawiony. W Świątyni Salomona, w miejscu najświętszym stały posągi dwóch cherubów (aniołów) z rozpostartymi skrzydłami. Izraelici uznawali te skrzydła za Tron Boga. Stąd w Ps 99 słowa: „Pan jest królem, drżą ludy, Siedzi na cherubach, ziemia się chwieje. Wielki jest Pan na Syjonie i wyniesiony nad wszystkie ludy. Niech wielbią imię twoje wielkie i straszne; On jest święty!”. Nawet w miejscu najświętszym Bóg był nieuchwytny w Jego świętości. A świętość ta wywoływała strach, drżenie, trzęsienie ziemi. Izajasz, kiedy usłyszał trzykrotne „święty” powiedział: „Biada mi! Zginąłem”. Nie tylko nie rozumiemy świętości, nie tylko nie posiadamy tej cechy, ale także możemy od niej zginąć.

Uwaga, a teraz najdziwniejsze. Bóg mówi „Świętymi bądźcie, bom Ja jest święty, Pan, Bóg wasz” (3 Mż 19,2b). Powtarza to nawet kilkakrotnie w całej Biblii. Bóg wyznacza nam zadanie. Tylko czy to aby nie jest zadanie podobne do przelewania sitkiem oceanu do naparstka? To jest nawet trudniejsze i bardziej absurdalne niż przelewanie sitkiem oceanu do naparstka. 

Jan Paweł II, w latach 1978-2002, ogłosił świętymi 464 osoby, podczas gdy wszyscy jego poprzednicy, 263 papieży, ogłosili świętymi 296 osób (K. Karski, Symbolika). Szanuję to, jaką osobą był Karol Wojtyła. Nie zamierzam powiedzieć złego słowa na jego temat. Tak, jak nie chcę szkalować mojego sąsiada, pijaka, który przepił już prawie wszystko co miał, a jak wraca z nasiadówy, to ma problem z trafieniem do drzwi własnego domu. Ale czy kanonizowanie to sposób na to, aby ludzie mogli choć trochę zbliżyć się do świętości Boga? Czy to będzie ta sama świętość, jaką cechuje się Bóg? Przecież to nie szeregowy mianuje generała, a magister nie mianuje profesora. No cóż. Naparstek już pełny, sitko potargane, ale z oceanu nic nie ubyło…

Czy zatem jesteśmy w kropce? Nic nie możemy zrobić? Możemy. Sęk w tym, że kiedy chcemy coś zrobić, od razu myślimy: „moralność”. Tymczasem to, co zewnętrzne jest zawsze wtórne. Choćbyśmy byli bardziej usłużni niż Matka Terasa z Kalkuty, nie osiągniemy świętości. Bo świętość nie jest skutkiem, ale przyczyną. I to przyczyną, której sami nie możemy stworzyć. Tylko Bóg jest źródłem świętości. Wszystko inne może być nazwane świętym tylko przez związek z Nim. Izrael, kapłani, miejsca, czas, rzeczy były święte, bo Bóg je takimi nazwał. Dzisiaj także my możemy być świętymi, bo Bóg tego chce. Jak? Trzeba poprosić.

Boże, który siedzisz na cherubach, spraw, abym był święty w Twoich oczach. Tylko ty potrafisz zmierzyć nieskończoną prostą. Ty stworzyłeś naparstek, sitko i ocean. Tylko Ty, źródło prawdziwej świętości, możesz mnie uświęcić. Amen, amen, amen.

Machlon

sobota, 21 lipca 2012

7m n. p. nieba


Cenne reformacyjne re-odkrycie mówi, że tylko Biblia jest źródłem naszej wiary i chrześcijańskiego życia. To z Niej możemy tankować paliwo do jazdy po, jakby nie było, dziurawych drogach naszej codzienności. Jednak, jak trafnie zauważa Karol Barth, są takie dni, w których świadectwo Pisma do nas nie dociera. Albo czytamy fragment, który nas mocno porusza, a już po kilku minutach nic nie pamiętamy, albo w tym co przeczytaliśmy w ogóle nie znajdujemy żadnego zachęcenia, wzmocnienia, pocieszenia. Wtedy dochodzi do nas, że jesteśmy słabi. Wskazówki Słowa Bożego stają się dla nas labiryntem, z którego nie sposób wyjść.

Wyobraź sobie, że jesteś wędrowcem. Ciasną bramę masz już daleko za sobą, a i wąską ścieżką przeszedłeś wiele kilometrów. Jednak paliwo się kończy. Nogi plątają się nieposłusznie. Czujesz się, jakbyś szedł szczytami wysokich gór. Jeden nieuważny krok i spadniesz w bezdenną czeluść. Kiedy gorzej być nie może ścieżka kończy się. Teraz pozostaje Ci iść po linie, której drugi koniec zaczepiony jest na następnym szczycie. Odległość wydaje się nie do pokonania. Nie ma nawet jednostki, która pozwoliłaby określić długość liny. Wiesz, że musisz iść, ale nie masz siły…

Zasypiasz bez sił i, jak to bywa po ogromnym zmęczeniu, śnisz. Sen jest dość dziwny, ale i cudowny. Widzisz w nim, jak stoisz w niezliczonym tłumie ludzi. Wszyscy wpatrują się w złote podwyższenie znajdujące się kilkadziesiąt metrów od tłumu. Na podwyższeniu widać tron, a Ten, Który Na Nim Siedzi Jaśnieje Tak, Że Nie Sposób Na Niego Patrzeć. Obok stoi Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Wszyscy czekają w ogromnym napięciu. Teraz zauważasz, że zarówno schody prowadzące do Stóp Najwyższego, jak i droga łącząca podwyższenie z oczekującymi ludźmi wyłożone są drogimi kamienia i przyozdobione tak, jakby zaraz miał zjawić się ktoś wielki, ktoś cenny i szczególny. Nagle odzywają się chóry aniołów, a zaraz potem odzywa się Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Jego głos jest potężny, a zarazem łagodny. Wypowiada imię tego, którego wszyscy oczekują. I wtedy nie wierzysz własnym uszom. To twoje imię padło z wysokości. Oglądasz się nerwowo. W końcu, jak to mówią, nie jednemu psu na miano Burek. Ale nie, nie ma nikogo innego, to Twoje imię, tylko Twoje. Ludzie poklepują Cię po plecach, zachęcają, abyś wyszedł. Wchodzisz więc na ścieżkę wartą więcej niż wszechświat. Wchodzisz po schodach na znajdujący się siedem metrów wyżej taras. I wtedy Jezus, wiesz, że to On, nakłada na twoją głowę Koronę Żywota. Nie możesz nazwać Twoich uczuć, bo na ziemi takie nie występują. I nagle… budzisz się nad przepaścią, niedaleko miejsca, w którym zaczepiony jest początek liny.

To był tylko sen. Ale nie zwykły sen. Wszak on i we śnie obdarza umiłowanego swego (Ps 127,2b). Teraz już wiesz, już pamiętasz, że Bóg zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości. Młodzieńcy ustają i mdleją, a pacholęta potykają się i upadają, lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają (Iz 40,29-31). Podnosisz się z ziemi i wchodzisz, nie, wbiegasz na linę. Pędzisz coraz szybciej i szybciej. Jesteś już szybszy niż Usain Bolt, szybszy nawet niż F16. Ledwie dotykasz stopami liny, jakbyś frunął na skrzydłach orła…

W głowie słyszysz tylko te niebiańskie chóry. I głos, który powtarza: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota. Zwycięzca zostanie przyobleczony w szaty białe, i nie wymażę imienia jego z księgi żywota, i wyznam imię jego przed moim Ojcem i przed jego aniołami (Obj 2,10c; 3,5).

Bądź wierny aż do śmierci. Bóg jest wierny dłużej.

Machlon

piątek, 20 lipca 2012

Miej mniej


Już kilkakrotnie w moim życiu zastanawiałem się nad tym, jak to jest z zazdrością. Co się dzieje, kiedy  usłyszy się o tym, że ktoś kupił nowy samochód, czy też ktoś kupił nowego laptopa. Ktoś dostał się na studia, a ja nie. A niech  jeszcze się okaże, że to mój kolega, za którym nie przepadam. Ładna gorączka… szał, też chce! (To jest tylko takie streszczenie emocji, z którymi trzeba sobie poradzić w momencie zaistniałej sytuacji). Pewnie spotkaliście się z chociaż małą namiastką takich emocji. Jeśli tak to… No właśnie. Czy czasem nie powinno być inaczej? Czy błogosławieństwo, czy szczęście drugiego człowieka nie powinno być też naszym? Czy w zamian za cały zastrzyk zazdrości nie powinniśmy cieszyć się czyimś szczęściem? Zakładam, że właśnie tak powinno być.

Dowodem jest przekraczająca ludzkie zrozumienie postawa Pawła, kiedy znajduje się w więzieniu. Konkretnie chodzi mi o List do Filipian. Paweł napisał go, kiedy przebywał  w ciemnej, podziemnej, wilgotnej celi. Zakładam, że wierzył mocno, że z niej wyjdzie (bo wyszedł) i myślał o tym co będzie dalej robił (był szalony na punkcie głoszenia ewangeliiJ). Pomijając plany przyszłościowe, wielkim zaskoczeniem jest postawa Pawła, w której pomimo tej niedogodnej sytuacji pisze list pełen radości, pozytywnego nastawienia i cieszy się razem z rodakami w wierze! „Dziękuję Bogu mojemu za każdym razem, ilekroć was wspominam, zawsze w każdej modlitwie mojej za wszystkich was z radością się modląc” (Flp 1,3-4).  Może nie jest to dosłowne przekazanie moich intencji, ale jest pewne, że Paweł chce cieszyć się sytuacją innych osób, kiedy sam nie może w takiej się znaleźć. Jest mało prawdopodobne, żeby zbór w Filippi zakupił nowego, parafialnego laptopa (wielorazowy zwój papierowy), albo nówkę rydwan z dwoma wypasionymi koniami. Ale gdyby tak było, Paweł cieszyłby się z takiej sytuacji wraz z nimi. Zachęcam do refleksji, zaoszczędźmy sobie nerwów. 


Kilion

środa, 18 lipca 2012

Wyższa niższość


Tak się składa, że w życiu niektóre rzeczy przyjmujemy z aprobatą, a inne, no cóż, powiedzmy w tym miejscu, że bez aprobaty. Gdybyśmy jednak chcieli użyć ostrzejszych słów, trzeba by powiedzieć, że w przypadku niektórych rzeczy, prędzej zostaniemy księdzem, niż coś zaakceptujemy. (Dodam tak na marginesie, że niektórzy zostali księżmi, a potem musieli pewne rzeczy zaakceptować.)
Nie inaczej jest z „prawdami biblijnymi”. Łatwo zgodzić się na usprawiedliwienie z łaski przez wiarę. Dlaczego? Bo to „za darmo”, czyli bezwarunkowo. (No, wiara też wymaga czasem niemałego wysiłku, ale jak to mawiali starożytni Rzymianie: „to już inna para kaloszy [gumioków]”). Łatwo zgodzić się z fragmentami mówiącymi o tym, że Bóg jest Zbawicielem, że kocha wszystkich ludzi, że chce nam pomagać w codziennym życiu. To wszystko jest nam przecież „na rękę”. Ale co z fragmentami, które wymagają od nas, jak się wydaje, „za dużo”? Np. „(…) w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie” (Flp 2,3b). O nie, Boże. Chcesz ode mnie czasu – znajduję go w moim grafiku wypełnionym lakjowaniem na fb. Chcesz ode mnie dziesięciny – przełykam ślinę, zaciskam zęby i daję Ci kasę, która mogę przecież wydać na czipsy i piwo (ewentualnie inne zainteresowania). Ale mam się uważać za niższego? – newerinmajlajf! Senkju, senkju, baj.
A jednak. „Ktokolwiek by chciał być między wami wielki, niech będzie sługą waszym” (Mt 20,26). Ach… ta Boża logika. Ale przecież przyjmując usprawiedliwienie z łaski przez wiarę nie narzekaliśmy na bożą logikę. Wniosek: mamy uważać innych za wyższych od siebie i już. Koniec kropka.
Spotkałem kiedyś gościa, którego uważałem za wyższego. Ale to dlatego, że… był wyższy. O jakieś 20 cm. I w dodatku szerszy, szczególnie w barach. Wyglądał też na silniejszego ode mnie. Tak mi się wydawało. I chociaż robię codziennie kilka pompek wolałem nie sprawdzać, czy moje przypuszczenia są słuszne.
Pewnych ludzi nie trudno uważać za wyższych. Ale co w przypadku ciecia z szatni, kat… eeee… innowierców? Co w przypadku cyganów żebrzących w tramwaju, kierowców ze stolicy? Oni też są wyżsi od nas? Powinni być. Nie możemy dodać do swojego wzrostu nawet jednego łokcia (Mt 6,27). To fakt. Ale tu chodzi o coś przeciwnego. Bo żeby inni byli wyżsi nie możemy ich fałszywie powiększać. Musimy pomniejszyć siebie. Łokieć, może dwa. Zależy jak bardzo urośliśmy w swoich oczach. To jest właśnie najtrudniejsze. Tak, tak. Pora zmazać te wszystkie kreski i daty, które zrobiliśmy na futrynach drzwi własnej samooceny. Oczywiście nie mówię o zdrowej samoocenie. Mówię o zbyt wysokim mniemaniu o sobie, które wyrosło niczym wieża Babel na zdrowym fundamencie samooceny.
Myśleliście kiedyś jak to jest być Bogiem i stać się człowiekiem? Zakładam, że nie. (Jeśli tak, to zastanawiam się, z jak wysoka spadliście na głowę.) Jezus prawdopodobnie o tym myślał (On nie spadł na głowę). Prawdopodobnie każdego dnia, który chodził po ziemi. (Piszę prawdopodobnie, bo kto by tam wiedział, co Jezus sobie myślał). Sęk w tym, że gdyby nie uznał nas za wyższych od siebie, gdybyśmy nie byli dla Niego cenniejsi niż Jego własne życie, to nie byłoby żadnego zbawienia. Chyba, że to przez Zakon. Ale to jest kosmos. Nie do zrobienia.
I tak, my chrześcijanie, którzy trąbimy na prawo i lewo, że trzeba naśladować Chrystusa, musimy teraz stanąć przed ciężkim wyborem. Naśladować Mistrza, a to znaczy z pokorą uznawać innych za wyższych od siebie, czy nie uznawać innych za wyższych od siebie i tym samym naśladować Chrystusa „tylko po części”. Też wam coś mówi, że ta druga opcja to „szemrane uczniostwo”?
Zatem wszystko jasne. Chociaż trudne do zaakceptowania z aprobatą. Życzę pomyślności.

Machlon


czwartek, 7 czerwca 2012

Pieśń o powrocie

Z Drzewa Poznania owoc zerwany
Ewa i Adam przez pychę wyklęci
Zamknięte przed ludźmi niebieskie bramy
Wąż w prochu swoje triumfy święci

Ziemia czekała, by nad nią panować
Wszystko im było pod stopy poddane
Lecz w pocie czoła mąż musi pracować
Skarby niebieskie bezmyślnie oddane

Powołaniem człowieka zaludnić świat
Upadek i w macierzyństwo godzi
Teraz nad nimi pożądliwości bat
Kobieta w bólach swe dzieci rodzi

Człowiek wygnany – Pismo powiada
Anioły z ostrzem powrotu bronią
Brzemienna w skutkach człowiecza zdrada
Pierwsi rodzice łzy wielkie ronią

Nie karą jednak z raju wygnanie
Ale by z drzewa życia nie zjedli
I to jest Boga o ludzi staranie
By życia wiecznego grzesząc nie wiedli

Choć umrzeć raz trzeba a potem sąd
Nagości twej żaden nie osłoni liść
Bóg skory wybaczyć największy błąd
Ze Zbawcą do nieba możemy iść!

piątek, 1 czerwca 2012

"Uciszenie burzy" cz. 2.

Dzisiaj wiele wiadomo, wiele wiemy. Ale droga do Domu jeszcze daleka. Jeszcze jakaś część życia przed każdym z nas. A życie czasem już samą swoją nazwą przeraża. Miało być inaczej, ale wybraliśmy trudną drogę (Ewa i Adam zjedli owoc – ach, to zdrowe odżywianie się…). Wraz z tym wyborem pojawiły się na ziemi wyładowania atmosferyczne. 

Jeden piorun trafia w życie osobiste, drugi w zdrowie, a trzeci… aż boję się pomyśleć. Każdy ma w życiu jakieś doświadczenia. Małe, większe, groźne, łagodne. Każdy coś. A nawet jak nie ma, to sam sobie znajdzie. Przecież doświadczeń pełno na każdym rogu. 

Wystarczy choćby mała pokusa, a nieposkromiona z czasem przerodzi się w żywioł, którego człowiek sam nie pokona. Wystarczy krótka chwila, żeby popełnić jeden błąd, a potem trzeba się z nim męczyć rok, cztery, a może dwadzieścia. Może to być przykre zdanie, które rani wbrew pozorom czasem najbardziej. Może to być błąd w wychowaniu naszego dziecka, lub też po prostu kwestia charakteru, z którym sobie nie radzimy. 

Lecz w tych problemach Bóg zaskakuje. Trzeba Go tylko tak jakby obudzić, może właśnie tak, jak zrobili to uczniowie. Ponieważ czasem wydaje nam się, że Bóg po prostu zasnął, śpi. Lecz On tak naprawdę nigdy nie śpi. Wręcz przeciwnie! Czuwa i czeka by nam pomóc. Ponadto chce nas uciszać podczas codziennej społeczności, podczas pobytu w kościele i w końcu podczas spokojnego, cudownego snu w nocy, kiedy wokół stres, obowiązki i problemy. Żeby tego doświadczyć trzeba być świadomym Bożej obecności. Jeżeli nie jesteś tego świadomy, może dopiero musisz uczynić Go najważniejszym gościem swojej łajby. Jeżeli natomiast jesteś tego pewien, to uwierz mi, jesteś szczęściarzem! (masz jedyne prawdziwe źródło szczęścia na ziemi). 

„Pierwszy podmuch wiosny budzi lęk… I ile jeszcze we mnie wiary, ile jeszcze we mnie samym sił na nowe dni, ile szans? Ile we mnie jeszcze wiary, ile sił, by dalej żyć w taki czas?„ Te słowa charakteryzują postać przedstawioną w utworze. Pełną lęku, braku nadziei i sił. Być może to ona właśnie przechodzi pewien problem, doświadczenie czy też uzależnienie, albo jest zmęczona swoim charakterem. 

Lecz gdy spojrzymy na to z innej strony to po prostu utwór ten jest reakcją człowieka na cierpienie. Publicznym błaganiem o ulgę, czasem po przez jedno słowo czasem po przez jedno zdjęcie… Tak wydaje się działa dzisiejszy świat. Jedni dodają zdjęcie, drudzy piszą coś, co ich boli na publicznej tablicy. A jeszcze inni piszą piosenki. I często zamiast pomocy są krytykowani. Za miast pomocy otrzymują słowa , które przysłowiowo uginają im kolana. 

Wcale nie musi tak być. Przybytek przedstawił wyżej ludzką reakcję na ból i cierpienie w dzisiejszym świecie. Ale wcześniej również scharakteryzował reakcję Boga względem człowieka na prośbę, czy też na strach i sytuacje bez wyjścia. Człowiek nie ma mocy, aby sam sobie pomóc i nie ma mocy by uciszyć burzę, która szaleje w jego życiu. Lecz Bóg ma, w Nim jest to, czego potrzeba.On nie oszczędza nam doświadczeń, ale pozwala je razem z Nim przejść. 

Dlatego przybytek zachęca do korzystania z Bożej pomocy. Bo czasem nie jest łatwo, a nawet w najprostszych sytuacjach może pokonać nas lęk, doświadczenie (problem), brak pewności siebie czy też po prostu nasz genetyczny grzech. Ale to właśnie wtedy możemy się starać o pomoc i cudowne posilenie w momencie, kiedy szatan stara się nam wmówić, że jesteśmy beznadziejni i że Bóg zasnął. Właśnie wtedy Bóg czuwa i chce uspokoić to wzburzone morze w naszym sercu. 

Dlatego podobni do uczniów, bojaźliwi, grzeszni, zanim przeprawimy się na drugą stronę, dokonujmy mądrych decyzji i prośmy wciąż Boga o nowe siły. Ale w tym wszystkim pamiętajmy, że ten Wielki Mocarz wciąż czuwa. I wierzymy głęboko w to, że On chce pomóc nam przechodzić przez doświadczenia każdego rodzaju. Od najłagodniejszych do najpotężniejszych. 

Kilion

piątek, 25 maja 2012

„Świeczka pod ko(r)cem”

Któż z nas nie słyszał sławnych Słów Ewangelii (Mt 5,14): „Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze”? Któż z nas nie słyszał Słów, w których Jezus mówi Sam o Sobie (J 8,12): „Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota”? Równania są proste, logika jasna: Jeżeli Jezus=światłość świata i My=światłość świata to My=Jezus! Cóż za pochlebstwo. Od kiedy przeczytaliśmy te Słowa chodzimy dumni i honorowi. Przecież to niemałe wyróżnienie. Jesteśmy jak Jezus. Taa… Guzik prawda! Jeśli myślimy, że wystarczy napisać na kartce kilka równań, żeby stać się jak Jezus, to grubo się mylimy. Spójrzmy na kolejne wersety Ewangelii według Mateusza. 

(Mt 5,15): „Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu”. To przecież oczywiste, prawda? Tylko co to jest ten korzec? Według wszelkich biblijnych przesłanek, korzec to wiadro (ok. 10 litrów), które służyło do odmierzania objętości ciał sypkich (pszenica, jęczmień…). Z tego wnioskujemy, że pojemnik ten musiał być szczelny (no tak, jak nasze dzisiejsze wiadro, co tu dużo tłumaczyć). Przykryta nim świeczka nie dawała kompletnie żadnego światła. Równie dobrze można zapalić lampę i przykryć ją kocem. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Kiedyś na przedmiocie o wdzięcznej nazwie „przyroda” robiliśmy doświadczenie. Pani zapaliła świeczkę i przykryła ją słoikiem. Płomień świeczki stawał się coraz mniejszy, aż wreszcie świeczka zgasła zupełnie. Wszyscy uczniowie: „łaaaałłł, czary!”. Nie czary, tylko brak tlenu. Bez niego świeczka nie będzie płonąć. Wniosek z tego prosty. Świeczka pod korcem nie tylko nie daje światła, ale także prędzej czy później zgaśnie z powodu braku tlenu. Tymczasem… 

„…tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 5,16)”. Yyhmm, tylko że zaczadzoną świeczką zbyt wiele nie naświecimy. Świeczka musi się palić, jej miejsce jest na świeczniku, tam, gdzie nie zabraknie jej tlenu. 

Teraz wróćmy do równań z pierwszego akapitu. Jezus jest światłością świata, bo wskazywał na Tego-Który-Go-Posłał. My możemy być światłością świata, jeśli będziemy wskazywać na Tego-Który-Wskazywał-Tego-Który-Posłał-Wskazującego (naczy Chrystusa). Takie wskazywanie nie jest wcale prostą robotą.

Po pierwsze trzeba mieć stały dostęp do Tlenu. Kiedyś oglądaliśmy bajkę pt. „Rumcajs” (a może „Przygody Rumcajsa”?). W jednym z odcinków tytułowy bohater gasił pożar, dmuchając na niego ile sił w płucach. Jego młodszy towarzysz, Cypisek, naganiał mu powietrze kapeluszem. Taka praktyka nic nam tu nie pomoże. Nie o taki tlen chodzi. Tlenem dla Jezusa był Ojciec. Jezus sporo się namodlił, żeby być właściwie dotlenionym. Przed nami trudne zadanie. Musimy zadbać o płomień naszej świeczki. „Czytaj Biblię, módl się co dzień, módl się co dzień, módl się co dzień” jak powiada znana szkółkowa pieśń.

Po drugie trzeba stać na świeczniku. To wyrażenie kojarzy nam się z nadmiernym udostępnianiem siebie. Wolimy sami decydować, komu udostępniamy nasze zdjęcia, posty, zainteresowania itp. Nie ma nic gorszego niż brak prywatności i wścibscy ludzie, którzy skomentują nasz najmniejszy ruch. Ale ludzie mają widzieć nasze dobre uczynki, żeby chwalić Ojca, który jest w niebie. Uczynki, nie piękne słowa. Działanie, nie ofertę reklamową. Sposób życia, nie hipokryzję. Dlatego, jeśli już przeczytaliśmy jakiś fragment Biblii, to go zastosujmy.

Ponoć ten, kto słucha słów i wykonuje je jest jak człowiek, który zbudował dom na skale. Taki dom się nie zawali. Stoi pewnie i niewzruszenie. Nie trzeba go ciągle poprawiać, podpierać i upiększać. Można za to wspólnie z innymi budować kolejny dom. A potem jeszcze jeden i jeszcze dwa. A jak już zbudujemy tych domów kilka, to powstanie miasto, miasto na wzgórzu, które nie może się ukryć. Jezus zbudował Nowe Jeruzalem. Raczej Mu nie dorównamy, ale chcemy być tak blisko Doskonałości (Chrystusa), jak tylko się da. W końcu jesteśmy światłością świata… 

wtorek, 22 maja 2012

„Uciszenie Burzy”, cz. 1.

Przed przeczytaniem poniższego tekstu posłuchajcie proszę piosenki zespołu Coma pt. „Daleka droga do domu” (http://www.youtube.com/watch?v=iotmSFexpUg) i zajrzyjcie do Ewangelii według Łukasza 8,22-25. 


Daleka droga do domu jak brzmi tytuł piosenki zespołu Coma. Daleka droga do domu z, można by powiedzieć, nieprzewidywalną burzą. Ponadto test wiary, odwagi i walki z żywiołem. 

Lawiny nieprzewidywalnych przykrych wydarzeń, powódź pojawiających się problemów i w końcu burza, jako finał i zakończenie tego z czym walczyliśmy. Tak można by scharakteryzować życie przeciętnego człowieka. Pod tymi metaforami kryje się głęboka prawda. Jak jest naprawdę wiemy już tylko my sami. 

W stosunku między innymi do takich sytuacji Biblia proponuje pewną ciekawą historię o wyprawie, przygodzie. Historię, która, jak to bywa w przypadku prawdziwych przygód, posiada mrożącą krew w żyłach scenę. Posiada także szczęśliwy finał, cudowne rozwiązanie, które może mieć miejsce w życiu każdego człowieka. 

Spokojne Jezioro Galilejskie. Zapowiada się piękna podróż. Do brzegu podchodzi Jezus z uczniami. Łódź przygotowana, tafla na jeziorze aż prosi się, by ją rozkołysać. Idealny czas żeby przeprawić się na drugą stronę. Jako główny gość do łajby wchodzi Jezus z Nazaretu. Syn Boży, Opoka, Fundament i Bezpieczeństwo. Za nim wchodzą uczniowie. Nic nie zapowiada tego, że pogoda się załamie. 

Burza, która za chwilę przyjdzie zazwyczaj na tym jeziorze pojawia się z zaskoczenia. Ale spokojnie! W tamtym czasie, na terenie Galilei krążyły legendy o mocarzach i bogach, którzy gromili fale. W tradycji żydowskiej za takiego uważano Chrystusa. Jednak uczniowie tego nie wiedzieli, ponieważ po całej sytuacji, są zaskoczeni i zwyczajnie pytają o to, kim może być ten, który „ nawet wiatrom i wodzie rozkazuje i słuchają go”? 

Kiedy burza nadchodzi Jezus śpi. Podejrzewam, że uczniowie próbowali się uspokoić. Lecz na nic zdały się ich wysiłki. Żywioł okazuje się tak mocny, że trzeba obudzić Mistrza. Tak też się dzieje. Uczniowie budzą żydowskiego mocarza, a ten, jak gdyby nigdy nic, głaszcze wręcz burzę po czole i usypia ją tak, jak przed chwilą sam spał. Cisza jest natychmiastowa, a uczniowie są zadziwieni mocą Pana Jezusa. 

Tak można spojrzeć na tę historię trochę z innej perspektywy. Ale co nam to daje? 

My dziś wiemy, że ten który uciszył burzę to sam Bóg. Wiemy też, że w pewien sposób Jezus przygotowywał uczniów do wydarzeń, „burz”, które mają nastąpić wkrótce. Być może przez to sprawdzał jak zachowają się uczniowie, którym wydawało się, że przez chwilę zostali sami. Wiemy też wiele innych rzeczy. Ale często sama wiedza nie wystarcza. To trochę jak z teologią. Można być mądrym teologiem, ale bez wiary sama wiedza zda się tylko na próżną chwałę człowieka. Lecz nie o tym traktuje ten tekst. Ten tekst, jak można się łatwo domyślić, traktuje o Prawdziwym Mocarzu, który jako jedyny może uciszyć ból i cierpienie. O Bogu, który jest obecny nawet wtedy, gdy życiowe strachy i niepewności wydają się szeptać nam, że śpi. Ale o Nim w części drugiej. Serdecznie zapraszam. 


Kilion

piątek, 18 maja 2012

Mit założycielski

Gospodarze przechadzali się po gruzach Przybytku. Powywracane łóżka i biurka, połamane tablice korkowe, wybite okna. Oto co zostało z ich dawnej siedziby. Oczywiście spodziewali się tego wcześniej, choć nie przypuszczali, że zniszczenia będą tak ogromne. Nie mieli do nikogo żalu, wręcz przeciwnie. Cieszyli się nowych, odrębnych dróg, które wybrali. Zburzenie Przybytku było naturalną konsekwencją upływającego czasu. 

Przetrząsając gruzowisko natrafiali na świadectwa dawnego życia. Strzaskane głośniki komputerowe, z których często i obficie rozbrzmiewały chorały gregoriańskie. Kubki, ogrzewane nieskończoną ilością wypitych kaw. Zmiażdżone żarówki nocnych lampek, które oświetlały Przybytek podczas wieczornych modlitw. Przeszłość, dowody bezpowrotnie minionego czasu.

Podnosząc przewrócony regał zauważyli otwartą książkę pokrytą odłamkami klosza lampy sufitowej. Ostrożnie oczyścili strony z kawałków plastiku i przeczytali: 

„Drugi List do Koryntian, rozdział piąty, wiersz pierwszy: Wiemy bowiem, że jeśli ten namiot, który jest naszym ziemskim mieszkaniem, się rozpadnie, mamy budowlę od Boga, dom w niebie, nie rękoma zbudowany, wieczny.” 

Zza zwalistych chmur błysnął promyk słońca. Światło, rozproszone w zdobionych pajęczynowymi pęknięciami szybach, zatańczyło na niegdyś białych ścianach. Podeszli do okien i rozejrzeli się po stolicy. W oddali dostrzegli pracującego żurawia. Początkowo wydał im się zwykły, ot, obraz typowy dla Warszawy-W-Budowie. Ale dźwig pracował z uporem i nową siłą. Jakby nie zwracał uwagi na niepogodę. Wznosił nowe budowle – dwa przybytki. Tym razem osobne. Tym razem ze spiżu.