Cenne reformacyjne re-odkrycie mówi, że tylko Biblia jest źródłem naszej wiary i chrześcijańskiego życia. To z Niej możemy tankować paliwo do jazdy po, jakby nie było, dziurawych drogach naszej codzienności. Jednak, jak trafnie zauważa Karol Barth, są takie dni, w których świadectwo Pisma do nas nie dociera. Albo czytamy fragment, który nas mocno porusza, a już po kilku minutach nic nie pamiętamy, albo w tym co przeczytaliśmy w ogóle nie znajdujemy żadnego zachęcenia, wzmocnienia, pocieszenia. Wtedy dochodzi do nas, że jesteśmy słabi. Wskazówki Słowa Bożego stają się dla nas labiryntem, z którego nie sposób wyjść.
Wyobraź sobie, że jesteś wędrowcem. Ciasną bramę masz już daleko za sobą, a i wąską ścieżką przeszedłeś wiele kilometrów. Jednak paliwo się kończy. Nogi plątają się nieposłusznie. Czujesz się, jakbyś szedł szczytami wysokich gór. Jeden nieuważny krok i spadniesz w bezdenną czeluść. Kiedy gorzej być nie może ścieżka kończy się. Teraz pozostaje Ci iść po linie, której drugi koniec zaczepiony jest na następnym szczycie. Odległość wydaje się nie do pokonania. Nie ma nawet jednostki, która pozwoliłaby określić długość liny. Wiesz, że musisz iść, ale nie masz siły…
Zasypiasz bez sił i, jak to bywa po ogromnym zmęczeniu, śnisz. Sen jest dość dziwny, ale i cudowny. Widzisz w nim, jak stoisz w niezliczonym tłumie ludzi. Wszyscy wpatrują się w złote podwyższenie znajdujące się kilkadziesiąt metrów od tłumu. Na podwyższeniu widać tron, a Ten, Który Na Nim Siedzi Jaśnieje Tak, Że Nie Sposób Na Niego Patrzeć. Obok stoi Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Wszyscy czekają w ogromnym napięciu. Teraz zauważasz, że zarówno schody prowadzące do Stóp Najwyższego, jak i droga łącząca podwyższenie z oczekującymi ludźmi wyłożone są drogimi kamienia i przyozdobione tak, jakby zaraz miał zjawić się ktoś wielki, ktoś cenny i szczególny. Nagle odzywają się chóry aniołów, a zaraz potem odzywa się Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Jego głos jest potężny, a zarazem łagodny. Wypowiada imię tego, którego wszyscy oczekują. I wtedy nie wierzysz własnym uszom. To twoje imię padło z wysokości. Oglądasz się nerwowo. W końcu, jak to mówią, nie jednemu psu na miano Burek. Ale nie, nie ma nikogo innego, to Twoje imię, tylko Twoje. Ludzie poklepują Cię po plecach, zachęcają, abyś wyszedł. Wchodzisz więc na ścieżkę wartą więcej niż wszechświat. Wchodzisz po schodach na znajdujący się siedem metrów wyżej taras. I wtedy Jezus, wiesz, że to On, nakłada na twoją głowę Koronę Żywota. Nie możesz nazwać Twoich uczuć, bo na ziemi takie nie występują. I nagle… budzisz się nad przepaścią, niedaleko miejsca, w którym zaczepiony jest początek liny.
To był tylko sen. Ale nie zwykły sen. Wszak on i we śnie obdarza umiłowanego swego (Ps 127,2b). Teraz już wiesz, już pamiętasz, że Bóg zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości. Młodzieńcy ustają i mdleją, a pacholęta potykają się i upadają, lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają (Iz 40,29-31). Podnosisz się z ziemi i wchodzisz, nie, wbiegasz na linę. Pędzisz coraz szybciej i szybciej. Jesteś już szybszy niż Usain Bolt, szybszy nawet niż F16. Ledwie dotykasz stopami liny, jakbyś frunął na skrzydłach orła…
W głowie słyszysz tylko te niebiańskie chóry. I głos, który powtarza: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota. Zwycięzca zostanie przyobleczony w szaty białe, i nie wymażę imienia jego z księgi żywota, i wyznam imię jego przed moim Ojcem i przed jego aniołami (Obj 2,10c; 3,5).
Bądź wierny aż do śmierci. Bóg jest wierny dłużej.
Machlon
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz