środa, 25 lipca 2012

Siedzący na cherubach

Jeśli chcemy w tekście zaznaczyć, że coś jest naprawdę ważne używamy kilku sposobów. Podkreślamy jakiś fragment, pogrubiamy istotne słowa, zaznaczamy frazę kolorem, używamy wykrzykników, piszemy na marginesie „ważne” itp. Wszystko, o czym mówił Jezus jest ważne, ale kiedy chciał szczególnie uwypuklić pewną rzecz, używał sformułowania „zaprawdę powiadam wam” (Mt 6,2). Ewangelista Jan, przed ważnymi wypowiedziami Jezusa, powtarza nawet słowo „zaprawdę” drugi raz – „zaprawdę, zaprawdę powiadam wam” (J 1,51). Język grecki używa w tych miejscach słowa „amen”. Język hebrajski zna jeszcze inny sposób, by zwrócić naszą uwagę na najistotniejsze rzeczy. Chcąc powiedzieć, że coś jest „naj, naj, naj!!!” powtarza tę rzecz drugi lub trzeci raz.

A teraz spójrzmy na werset Iz 6,3: „Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów!”. Widzieliście, żeby gdziekolwiek w Biblii było napisane „Bóg jest łaskawy, łaskawy, łaskawy”? Albo „Bóg jest miłością, miłością, miłością”? Ja też nie widziałem. To chyba znaczy, że świętość jest cechą Boga, która przenika wszystkie inne. Cechą, która jest „naj, naj, naj!!!” ze wszystkich, które możemy na podstawie Biblii wymienić. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to musimy, musimy, musimy! zwrócić na tę cechę szczególną uwagę.

Problem w tym, że świętość jest chyba najtrudniejszą do wytłumaczenia cechą Boga. Nawet kiedy spotkamy słowo „świętość” w innych językach – holiness, Heiligkeit, sainteté, святість, utakatifu – i, używając translatora google, przetłumaczymy je na polski, ono dalej pozostanie dla nas obce. Na matematyce uczyłem się, że prosta to taka nieskończenie długa kreska. Wyobraźmy sobie (to nie będzie logiczne), że na jednym jej końcu (mówiłem, że to nie będzie logiczne) jest Święty Bóg, a na drugim grzeszny człowiek. Jak grzeszny człowiek, może mówić o czymś, co jest poza zasięgiem jego rozumienia, logiki, semantyki? Świętość odróżnia Boga od Jego stworzeń. Boża świętość to coś więcej, niż moralna doskonałość i bezgrzeszna natura. Świętość sprawia, że Bóg jest inny, diametralnie różny niż my, oddzielony od nas, od grzechu, od tego, co na świecie.

Nie rozumiemy świętości dlatego, że świętość to wymiar Boga, którego człowiek jest pozbawiony. W Świątyni Salomona, w miejscu najświętszym stały posągi dwóch cherubów (aniołów) z rozpostartymi skrzydłami. Izraelici uznawali te skrzydła za Tron Boga. Stąd w Ps 99 słowa: „Pan jest królem, drżą ludy, Siedzi na cherubach, ziemia się chwieje. Wielki jest Pan na Syjonie i wyniesiony nad wszystkie ludy. Niech wielbią imię twoje wielkie i straszne; On jest święty!”. Nawet w miejscu najświętszym Bóg był nieuchwytny w Jego świętości. A świętość ta wywoływała strach, drżenie, trzęsienie ziemi. Izajasz, kiedy usłyszał trzykrotne „święty” powiedział: „Biada mi! Zginąłem”. Nie tylko nie rozumiemy świętości, nie tylko nie posiadamy tej cechy, ale także możemy od niej zginąć.

Uwaga, a teraz najdziwniejsze. Bóg mówi „Świętymi bądźcie, bom Ja jest święty, Pan, Bóg wasz” (3 Mż 19,2b). Powtarza to nawet kilkakrotnie w całej Biblii. Bóg wyznacza nam zadanie. Tylko czy to aby nie jest zadanie podobne do przelewania sitkiem oceanu do naparstka? To jest nawet trudniejsze i bardziej absurdalne niż przelewanie sitkiem oceanu do naparstka. 

Jan Paweł II, w latach 1978-2002, ogłosił świętymi 464 osoby, podczas gdy wszyscy jego poprzednicy, 263 papieży, ogłosili świętymi 296 osób (K. Karski, Symbolika). Szanuję to, jaką osobą był Karol Wojtyła. Nie zamierzam powiedzieć złego słowa na jego temat. Tak, jak nie chcę szkalować mojego sąsiada, pijaka, który przepił już prawie wszystko co miał, a jak wraca z nasiadówy, to ma problem z trafieniem do drzwi własnego domu. Ale czy kanonizowanie to sposób na to, aby ludzie mogli choć trochę zbliżyć się do świętości Boga? Czy to będzie ta sama świętość, jaką cechuje się Bóg? Przecież to nie szeregowy mianuje generała, a magister nie mianuje profesora. No cóż. Naparstek już pełny, sitko potargane, ale z oceanu nic nie ubyło…

Czy zatem jesteśmy w kropce? Nic nie możemy zrobić? Możemy. Sęk w tym, że kiedy chcemy coś zrobić, od razu myślimy: „moralność”. Tymczasem to, co zewnętrzne jest zawsze wtórne. Choćbyśmy byli bardziej usłużni niż Matka Terasa z Kalkuty, nie osiągniemy świętości. Bo świętość nie jest skutkiem, ale przyczyną. I to przyczyną, której sami nie możemy stworzyć. Tylko Bóg jest źródłem świętości. Wszystko inne może być nazwane świętym tylko przez związek z Nim. Izrael, kapłani, miejsca, czas, rzeczy były święte, bo Bóg je takimi nazwał. Dzisiaj także my możemy być świętymi, bo Bóg tego chce. Jak? Trzeba poprosić.

Boże, który siedzisz na cherubach, spraw, abym był święty w Twoich oczach. Tylko ty potrafisz zmierzyć nieskończoną prostą. Ty stworzyłeś naparstek, sitko i ocean. Tylko Ty, źródło prawdziwej świętości, możesz mnie uświęcić. Amen, amen, amen.

Machlon

sobota, 21 lipca 2012

7m n. p. nieba


Cenne reformacyjne re-odkrycie mówi, że tylko Biblia jest źródłem naszej wiary i chrześcijańskiego życia. To z Niej możemy tankować paliwo do jazdy po, jakby nie było, dziurawych drogach naszej codzienności. Jednak, jak trafnie zauważa Karol Barth, są takie dni, w których świadectwo Pisma do nas nie dociera. Albo czytamy fragment, który nas mocno porusza, a już po kilku minutach nic nie pamiętamy, albo w tym co przeczytaliśmy w ogóle nie znajdujemy żadnego zachęcenia, wzmocnienia, pocieszenia. Wtedy dochodzi do nas, że jesteśmy słabi. Wskazówki Słowa Bożego stają się dla nas labiryntem, z którego nie sposób wyjść.

Wyobraź sobie, że jesteś wędrowcem. Ciasną bramę masz już daleko za sobą, a i wąską ścieżką przeszedłeś wiele kilometrów. Jednak paliwo się kończy. Nogi plątają się nieposłusznie. Czujesz się, jakbyś szedł szczytami wysokich gór. Jeden nieuważny krok i spadniesz w bezdenną czeluść. Kiedy gorzej być nie może ścieżka kończy się. Teraz pozostaje Ci iść po linie, której drugi koniec zaczepiony jest na następnym szczycie. Odległość wydaje się nie do pokonania. Nie ma nawet jednostki, która pozwoliłaby określić długość liny. Wiesz, że musisz iść, ale nie masz siły…

Zasypiasz bez sił i, jak to bywa po ogromnym zmęczeniu, śnisz. Sen jest dość dziwny, ale i cudowny. Widzisz w nim, jak stoisz w niezliczonym tłumie ludzi. Wszyscy wpatrują się w złote podwyższenie znajdujące się kilkadziesiąt metrów od tłumu. Na podwyższeniu widać tron, a Ten, Który Na Nim Siedzi Jaśnieje Tak, Że Nie Sposób Na Niego Patrzeć. Obok stoi Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Wszyscy czekają w ogromnym napięciu. Teraz zauważasz, że zarówno schody prowadzące do Stóp Najwyższego, jak i droga łącząca podwyższenie z oczekującymi ludźmi wyłożone są drogimi kamienia i przyozdobione tak, jakby zaraz miał zjawić się ktoś wielki, ktoś cenny i szczególny. Nagle odzywają się chóry aniołów, a zaraz potem odzywa się Ktoś Podobny Do Syna Człowieczego. Jego głos jest potężny, a zarazem łagodny. Wypowiada imię tego, którego wszyscy oczekują. I wtedy nie wierzysz własnym uszom. To twoje imię padło z wysokości. Oglądasz się nerwowo. W końcu, jak to mówią, nie jednemu psu na miano Burek. Ale nie, nie ma nikogo innego, to Twoje imię, tylko Twoje. Ludzie poklepują Cię po plecach, zachęcają, abyś wyszedł. Wchodzisz więc na ścieżkę wartą więcej niż wszechświat. Wchodzisz po schodach na znajdujący się siedem metrów wyżej taras. I wtedy Jezus, wiesz, że to On, nakłada na twoją głowę Koronę Żywota. Nie możesz nazwać Twoich uczuć, bo na ziemi takie nie występują. I nagle… budzisz się nad przepaścią, niedaleko miejsca, w którym zaczepiony jest początek liny.

To był tylko sen. Ale nie zwykły sen. Wszak on i we śnie obdarza umiłowanego swego (Ps 127,2b). Teraz już wiesz, już pamiętasz, że Bóg zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości. Młodzieńcy ustają i mdleją, a pacholęta potykają się i upadają, lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają (Iz 40,29-31). Podnosisz się z ziemi i wchodzisz, nie, wbiegasz na linę. Pędzisz coraz szybciej i szybciej. Jesteś już szybszy niż Usain Bolt, szybszy nawet niż F16. Ledwie dotykasz stopami liny, jakbyś frunął na skrzydłach orła…

W głowie słyszysz tylko te niebiańskie chóry. I głos, który powtarza: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota. Zwycięzca zostanie przyobleczony w szaty białe, i nie wymażę imienia jego z księgi żywota, i wyznam imię jego przed moim Ojcem i przed jego aniołami (Obj 2,10c; 3,5).

Bądź wierny aż do śmierci. Bóg jest wierny dłużej.

Machlon

piątek, 20 lipca 2012

Miej mniej


Już kilkakrotnie w moim życiu zastanawiałem się nad tym, jak to jest z zazdrością. Co się dzieje, kiedy  usłyszy się o tym, że ktoś kupił nowy samochód, czy też ktoś kupił nowego laptopa. Ktoś dostał się na studia, a ja nie. A niech  jeszcze się okaże, że to mój kolega, za którym nie przepadam. Ładna gorączka… szał, też chce! (To jest tylko takie streszczenie emocji, z którymi trzeba sobie poradzić w momencie zaistniałej sytuacji). Pewnie spotkaliście się z chociaż małą namiastką takich emocji. Jeśli tak to… No właśnie. Czy czasem nie powinno być inaczej? Czy błogosławieństwo, czy szczęście drugiego człowieka nie powinno być też naszym? Czy w zamian za cały zastrzyk zazdrości nie powinniśmy cieszyć się czyimś szczęściem? Zakładam, że właśnie tak powinno być.

Dowodem jest przekraczająca ludzkie zrozumienie postawa Pawła, kiedy znajduje się w więzieniu. Konkretnie chodzi mi o List do Filipian. Paweł napisał go, kiedy przebywał  w ciemnej, podziemnej, wilgotnej celi. Zakładam, że wierzył mocno, że z niej wyjdzie (bo wyszedł) i myślał o tym co będzie dalej robił (był szalony na punkcie głoszenia ewangeliiJ). Pomijając plany przyszłościowe, wielkim zaskoczeniem jest postawa Pawła, w której pomimo tej niedogodnej sytuacji pisze list pełen radości, pozytywnego nastawienia i cieszy się razem z rodakami w wierze! „Dziękuję Bogu mojemu za każdym razem, ilekroć was wspominam, zawsze w każdej modlitwie mojej za wszystkich was z radością się modląc” (Flp 1,3-4).  Może nie jest to dosłowne przekazanie moich intencji, ale jest pewne, że Paweł chce cieszyć się sytuacją innych osób, kiedy sam nie może w takiej się znaleźć. Jest mało prawdopodobne, żeby zbór w Filippi zakupił nowego, parafialnego laptopa (wielorazowy zwój papierowy), albo nówkę rydwan z dwoma wypasionymi koniami. Ale gdyby tak było, Paweł cieszyłby się z takiej sytuacji wraz z nimi. Zachęcam do refleksji, zaoszczędźmy sobie nerwów. 


Kilion

środa, 18 lipca 2012

Wyższa niższość


Tak się składa, że w życiu niektóre rzeczy przyjmujemy z aprobatą, a inne, no cóż, powiedzmy w tym miejscu, że bez aprobaty. Gdybyśmy jednak chcieli użyć ostrzejszych słów, trzeba by powiedzieć, że w przypadku niektórych rzeczy, prędzej zostaniemy księdzem, niż coś zaakceptujemy. (Dodam tak na marginesie, że niektórzy zostali księżmi, a potem musieli pewne rzeczy zaakceptować.)
Nie inaczej jest z „prawdami biblijnymi”. Łatwo zgodzić się na usprawiedliwienie z łaski przez wiarę. Dlaczego? Bo to „za darmo”, czyli bezwarunkowo. (No, wiara też wymaga czasem niemałego wysiłku, ale jak to mawiali starożytni Rzymianie: „to już inna para kaloszy [gumioków]”). Łatwo zgodzić się z fragmentami mówiącymi o tym, że Bóg jest Zbawicielem, że kocha wszystkich ludzi, że chce nam pomagać w codziennym życiu. To wszystko jest nam przecież „na rękę”. Ale co z fragmentami, które wymagają od nas, jak się wydaje, „za dużo”? Np. „(…) w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie” (Flp 2,3b). O nie, Boże. Chcesz ode mnie czasu – znajduję go w moim grafiku wypełnionym lakjowaniem na fb. Chcesz ode mnie dziesięciny – przełykam ślinę, zaciskam zęby i daję Ci kasę, która mogę przecież wydać na czipsy i piwo (ewentualnie inne zainteresowania). Ale mam się uważać za niższego? – newerinmajlajf! Senkju, senkju, baj.
A jednak. „Ktokolwiek by chciał być między wami wielki, niech będzie sługą waszym” (Mt 20,26). Ach… ta Boża logika. Ale przecież przyjmując usprawiedliwienie z łaski przez wiarę nie narzekaliśmy na bożą logikę. Wniosek: mamy uważać innych za wyższych od siebie i już. Koniec kropka.
Spotkałem kiedyś gościa, którego uważałem za wyższego. Ale to dlatego, że… był wyższy. O jakieś 20 cm. I w dodatku szerszy, szczególnie w barach. Wyglądał też na silniejszego ode mnie. Tak mi się wydawało. I chociaż robię codziennie kilka pompek wolałem nie sprawdzać, czy moje przypuszczenia są słuszne.
Pewnych ludzi nie trudno uważać za wyższych. Ale co w przypadku ciecia z szatni, kat… eeee… innowierców? Co w przypadku cyganów żebrzących w tramwaju, kierowców ze stolicy? Oni też są wyżsi od nas? Powinni być. Nie możemy dodać do swojego wzrostu nawet jednego łokcia (Mt 6,27). To fakt. Ale tu chodzi o coś przeciwnego. Bo żeby inni byli wyżsi nie możemy ich fałszywie powiększać. Musimy pomniejszyć siebie. Łokieć, może dwa. Zależy jak bardzo urośliśmy w swoich oczach. To jest właśnie najtrudniejsze. Tak, tak. Pora zmazać te wszystkie kreski i daty, które zrobiliśmy na futrynach drzwi własnej samooceny. Oczywiście nie mówię o zdrowej samoocenie. Mówię o zbyt wysokim mniemaniu o sobie, które wyrosło niczym wieża Babel na zdrowym fundamencie samooceny.
Myśleliście kiedyś jak to jest być Bogiem i stać się człowiekiem? Zakładam, że nie. (Jeśli tak, to zastanawiam się, z jak wysoka spadliście na głowę.) Jezus prawdopodobnie o tym myślał (On nie spadł na głowę). Prawdopodobnie każdego dnia, który chodził po ziemi. (Piszę prawdopodobnie, bo kto by tam wiedział, co Jezus sobie myślał). Sęk w tym, że gdyby nie uznał nas za wyższych od siebie, gdybyśmy nie byli dla Niego cenniejsi niż Jego własne życie, to nie byłoby żadnego zbawienia. Chyba, że to przez Zakon. Ale to jest kosmos. Nie do zrobienia.
I tak, my chrześcijanie, którzy trąbimy na prawo i lewo, że trzeba naśladować Chrystusa, musimy teraz stanąć przed ciężkim wyborem. Naśladować Mistrza, a to znaczy z pokorą uznawać innych za wyższych od siebie, czy nie uznawać innych za wyższych od siebie i tym samym naśladować Chrystusa „tylko po części”. Też wam coś mówi, że ta druga opcja to „szemrane uczniostwo”?
Zatem wszystko jasne. Chociaż trudne do zaakceptowania z aprobatą. Życzę pomyślności.

Machlon