poniedziałek, 21 marca 2011

Z cyklu: „Kroniki Przybytku” – „Test na ojcostwo”

  Mamy XXI wiek i całkiem zaawansowaną technikę. Nie posiadamy jeszcze co prawda urządzeń do teleportacji, wehikułów czasu, kieszonkowych dezintegratorów molekularnych (przydałby się do usuwania  z talerzy zaschniętych płatków kukurydzianych. Próbowaliście je kiedyś zdrapać? Płatki powinny mieć gwarancję PoxiPolu). Nie możemy sobie powiedzieć „dalej, dalej nogi inspektora Gadżeta” i wskoczyć przez okno do mieszkania na szóstym piętrze. Ale mamy „test na ojcostwo” – cud techniki, doskonała odpowiedz na potrzeby współczesnego społeczeństwa. Tak, do Przybytku doszły słuchy, że „test na ojcostwo” można kupić w aptece tak samo łatwo, jak rutinoscorbin.

   Strony internetowe podają, że „Mężczyźni, którzy nie są pewni, czy są rzeczywiście ojcami dzieci, które wychowują, już wkrótce będą się mogli upewnić używając testu DNA”. Jakież wspaniałe ułatwienie! Panaceum! Koniec tej permanentnej niepewności, która nie pozwala w nocy spać, a w dzień cieszyć się życiem. Trzeba tylko uważać, bo te same strony, które zwiastują nam tę dobrą nowinę, ostrzegają:  „Producenci donoszą, że niemal połowa testów ujawnia, iż mężczyzna nie jest biologicznym ojcem domniemanego dziecka”. Taka wiadomość może zmumifikować dotychczasową radość.

   A tak na poważnie, nie życzymy nikomu takiego „testu”. Mamy nadzieję, że „test na matczyność” w aptekach pojawi się dopiero, gdy do owej apteki będziemy mogli się teleportować.

   Jak dobrze, że na Boże Ojcostwo nie trzeba wykonywać żadnych testów…

środa, 16 marca 2011

Teologia Bolka i Lolka: „Efekt oj-oj” cz.3

  Sposób pielęgnowania relacji z Bogiem zależy od wielu czynników. Od naszego charakteru, osobowości, miejsca z którego pochodzimy, rodzaju pobożności, w którym się wychowaliśmy. Niemniej jednak istnieją pewne elementy wspólne dla wszystkich ludzi i o nich chcemy kilka słów powiedzieć.

  Otóż relację z Bogiem możemy rozwijać, utrzymywać i wzbogacać przez SMS (hasło zasłyszane). I nie chodzi tutaj o jakiś konkurs esemesowy z nagrodami, ale systematyczne czytanie Słowa, Modlitwę i udział w Społeczności. Pewnie nie jest to dla was niczym nowym (nawet hasło SMS obiło się wam o uszy). My też doskonale o tym wiemy. Tylko dlaczego tak często zapominamy? A nawet jeśli nie zapomnimy, to dlaczego tak ciężko to zastosować?

  Tu znowu powraca ten nieszczęsny efekt oj-oj… Ale hola, hola. Po kolei. Poniżej zacytujemy fragment biblijny, który w naszym mniemaniu ma kluczowe znaczenie dla podjętego problemu.

Tyt 2,11-14 (Słowo Życia)
11Bóg udostępnił wszystkim dar wiecznego zbawienia, 12uświadamiająć nam, że chce, abyśmy porzucili bezbożne życie i grzeszne uciechy i, dzień po dniu, żyli pobożnie i przykładnie 13w oczekiwaniu dnia, w którym się ukaże chwała naszego wielkiego Boga i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. 14To on dobrowolnie przyjął na siebie Boży wyrok i umarł za nasze grzechy, aby nas wyratować z ciągłego popadania w grzech i uczynić z nas ludzi całkowicie oddanych, o czystych sercach, którzy chętnie czynią dobro.
Rzeczy, które z powyższego wypływają:
1.     Bóg chce, żebyśmy żyli w konkretny sposób
2.     Sposób naszego życia jest konsekwencją Bożej Łaski i Zbawienia, a NIE ODWROTNIE!!!
3.     Jezus umarł by:
a)     zwalczyć w nas efekt oj-oj
b)    oczyścić nas do służenia Jemu
c)     zachęcić (uzdolnić) do robienia dobrych rzeczy

  Idąc dalej można powiedzieć, że relacja z Bogiem to tak naprawdę sposób naszego życia. Tym, który nawiązał z nami relację jest Bóg, to On pierwszy wyciągnął rękę na zgodę. Ale naszą rolą w tej relacji jest żyć według Słowa Bożego. W tym życiu pomaga właśnie SMS. Bo jak dowiedzieć się czego Bóg od nas chce, jeśli nie prze czytanie Słowa? Jak konsultować się z Bogiem, jeśli nie przez Modlitwę? Gdzie pożytkować zdobyte „umiejętności”, jeśli nie w społeczności? SMS są więc narzędziami (nie magicznymi rytuałami), które pomagają prowadzić takie życie, jakie podoba się Bogu.

  Na koniec pozostaje jeszcze kwestia woli. Są osoby, które zastanawiają się, czy to, że sięgamy po Biblię jest sprawą naszej woli, czy Bożego działania. Czy to, że skupiamy myśli na modlitwie, jest naszym działaniem, czy Boga? I wreszcie, czy w niedzielę sami zwlekamy się z łóżek, by pójść do kościoła, czy Bóg wylewa na nas wiadro lodowatej wody krzycząc: „Wstawać!”?

  Naszym zdaniem bez Boga nic uczynić nie możemy i to Bóg sprawia w nas i chcenie i wykonanie. Szczególnie jeśli chodzi o „sprawy wiary”. Ale nikt nam nie wmówi, że sami nie możemy decydować o tym, po jaką książkę sięgniemy, co powiemy i gdzie pójdziemy. W kwestii czynności fizycznych jesteśmy całkiem wolni. Sami doskonale wiemy, ile razy zostaliśmy „powaleni” jakimś wersetem, chociaż wcale nie mieliśmy chęci na czytanie (ale otworzyliśmy Biblię!). Ile razy zostaliśmy dotknięci tym, co się działo na nabożeństwie, młodzieżówce, spotkaniu, mimo, że wcale nie mieliśmy ochoty iść (ale poszliśmy!). Nie wgłębiając się bardziej w te filozoficzne wywody, musimy powiedzieć, że w kwestii sposobu życia, spędzania wolnego czasu, możemy więcej niż nam się wydaje. I wcale nasza inicjatywa nie będzie pomniejszaniem Bożej Łaski.

  Życzymy nam wszystkim siły, by czytać, modlić się i żyć w społeczności z innymi. Chodzić z Bogiem nie jest rzeczą lekką. Nie wystarczy zjeść puszki szpinaku jak Papaj. Ale w Tym, który nas wzmacnia możemy wszystko.

czwartek, 10 marca 2011

Teologia Bolka i Lolka: „Efekt oj-oj” cz.2

       Po krótkiej przerwie powracamy do podjętego zagadnienia…

     Streszczając kilkanaście wieków teologicznych rozpraw zawartych w licznych grossbuchach, można powiedzieć, że efekt oj-oj wynika z trwałej, wrodzonej niezdolności człowieka do zwracania się ku Bogu, do wypełniania Bożej Woli. Wydaje się wiec, że efekt oj-oj jest w naszym życiu nieunikniony, nie możemy się przed nim obronić. Pies pogrzebany, umarł w butach, kaplica. O czym tu jeszcze mówić? Jak nie da rady, to nie da rady. A jednak próbujemy. Próbujemy, bo czujemy gdzieś w środku, że jesteśmy przeznaczeni i powołani do czegoś lepszego. Człowiek został stworzony do relacji z Bogiem, więc od zarania dziejów robi wiele, by Boga poznać i się do Niego zbliżyć. Z różnym skutkiem…

     Na początku szło przaśnie. Były jakieś ołtarze, ofiary, potem świątynie, nakazy, zakazy, przykazy, wykazy, okazy… Generalnie skazy. Nie wielu dawało radę, właściwie nikt. Ale szacunek pionierom. Jednak nawet teraz, kiedy odpuszczenie grzechów, pojednanie z Bogiem i zbawienie są „za darmo”, trwanie przy Nim nie idzie nam za dobrze.

     Przyznamy się, że nasza relacja z Bogiem (nasza, ludzka strona tej relacji) może być opisywana przez sinusoidę (taka falista kreska). Raz na wozie, raz w nawozie, jak mówi znane porzekadło. Jak to w życiu, a życie jest nowelą… Ciekawe (i oczywiste) jest jednak to, że „wzwyżka formy” następuje przed sytuacjami, które są dla nas wyzwaniem, które są stresujące i wiemy, że sami sobie z nimi nie poradzimy. Ot i cała nasza bezinteresowność, nasza natura w pełnej okazałości. I wiecie co? Trzeba ją zaakceptować, zaakceptować, to znaczy przyjąć do wiadomości, zrozumieć i DĄŻYĆ do poprawy, nieustannie. Taka akceptacja nie może nas w żaden sposób przed Bogiem usprawiedliwiać. Od usprawiedliwienia jest Chrystus. On doskonale wie, że mamy tendencję do przychodzenia z dwiema rybkami i pięcioma chlebkami. Ma też wszelką Moc, by narobić z tego tyle filetów i tyle kromek, żeby starczyło dla tysięcy. A my możemy zrobić jedynie „aaaa…” i nakruszyć.

     Wiemy zatem, że efekt oj-oj jest nam przypisany, jest naszą przypadłością, skazą. Jednocześnie chcemy z nim walczyć i minimalizować jego skutki w naszej relacji z Bogiem. Na czym może polegać ta akceptacja? Jak DĄŻYĆ, żeby nadążyć? O tym w kolejnym poście z serii „Teologia Bolka i Lolka”.

wtorek, 8 marca 2011

Z cyklu: „Kroniki Przybytku” – „Ordo et pax”

     Dwóch wspaniałych wybrało się na spacer. Zachęciła ich słoneczna pogoda i dodatnia temperatura (nie trzeba już ubierać kalesonów, jupi!). Przemierzając Park Krasińskich dotarli do małego skweru. Na środku stał wysoki, biały pomnik o bliżej nieokreślonym kształcie. Otaczał go chodnik z granitowej kostki i kilka ławek. Usiedli na jednej z nich, a pomnik zaczął  ich interesować, przyciągał. Wreszcie podeszli i z kamiennej tablicy odczytali: „Monte Cassino”. To zaintrygowało ich jeszcze bardziej. W końcu nie każde kasyno ma swój pomnik, a w dodatku to kasyno zdawało się nosić  nazwę bardzo popularnego deseru. Postanowili więc, że wrócą do Przybytku i poczytają nieco o zagadkowym monumencie.
    Z pomocą przyszła wikipedia – królowa nauk. Okazało się, że Monte Cassino to nie żadne kasyno o nazwie Monte, tylko wzgórze we Włoszech nad doliną rzeki Liri, między Rzymem i Neapolem. Zastanawiająca jest historia tego miejsca. Od stycznia 1944 roku alianci próbowali zdobyć zajmowane przez Wehrmacht wzgórze. Ataki prowadzono w trzech fazach, ale wszystkie zakończyły się klęską. Dopiero czwarta faza zakończyła się sukcesem. Pewnie dlatego, że znaczącą rolę odegrał w nim  II Korpus Polski pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Szacun.
     Podczas pierwszego szturmu (Operacja Shingle) 255 bombowców zrzuciło na Monte Cassino 351 ton bomb, zamieniając znajdujący się na szczycie wzgórza klasztor benedyktynów w stos gruzów. Co ciekawe, marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem klasztoru na zniszczenie. Alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowały niemieckie wojska, jednak zdecydowali o bombardowaniu obawiając się, że w trakcie bitwy sytuacja może się zmienić. Jak na złość, zniszczenie klasztoru tylko ułatwiło sytuację Niemcom. Ufortyfikowali się w rumowisku, które było doskonałym miejscem obrony – jego zdobycie kosztowało życie 30 tysięcy alianckich żołnierzy.
     Historia niezwykle przejmująca, prawda? Na zakończenie dodamy tylko, że motto zakonu benedyktynów brzmi: Ordo et pax (Ład i pokój).

czwartek, 3 marca 2011

Teologia Bolka i Lolka: „Efekt oj-oj” cz.1

    Na czym polega efekt jo-jo, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Powracające kilogramy kochanego ciała (które dopiero co straciliśmy zmuszając się do 10 brzuszków dziennie), wracająca w to samo miejsce wskazówka wagi łazienkowej (po tygodniu odmawiania sobie karmelowej milki) – koszmar. Blog nie należy jednak do kategorii „Zdrowie i uroda”, więc podejdziemy do tego zagadnienia alegorycznie. Chyba każdy przeżył frustrację związaną z „rzeczami”, które znienawidziliśmy, przezwyciężyliśmy, odrzuciliśmy, a które w chwili nieuwagi wracają do nas jak bumerang, uderzając w tył głowy (sytuacja rodem z kreskówek Looney Tunes). Dla przykładu: nałogi, złe przyzwyczajenia, błędy w komunikacji międzyludzkiej, niektóre grzechy. 
  
    Może jednak przeżyliśmy coś gorszego, bo odwrotnego. Chcieliśmy pewne „rzeczy” zatrzymać, zostawić na dłużej, ale one uciekły. Umknęły niczym woda przez palce. Woda, którą zaczerpnęliśmy z zimnego, górskiego strumienia w gorące popołudnie. Woda, która miała ugasić nasze pragnienie, a po której zostało nam tylko tęskne wspomnienie…
   
   Efekt oj-oj (bo o nim mowa powyżej) dotyczyć może pieniędzy, czasu, wiedzy (szczególnie przed jej egzaminacyjną weryfikacją).  Dotyczyć też może czegoś znacznie ważniejszego, czegoś, co zwykliśmy nazywać „relacją z Bogiem”. Zgodzicie się chyba, że efekt oj-oj jest w kwestii relacji z Bogiem nadzwyczaj niepożądany. Spójrzmy na kilka sytuacji.

   „Oj, oj ja biedny… Gdyby egzamin na prawo jazdy był tydzień wcześniej, pewnie bym się tak nie denerwował i był pewien, że zdam – miałem lepszą relację z Bogiem.”
   „Mam teraz słabszy tydzień w relacji z Bogiem, a muszę podjąć ważną decyzję. Czy wybiorę dobrze? Czy będzie to zgodne z „Bożą Wolą”? Czy będzie błogosławił mojej decyzji? Było tak dobrze, a teraz jest, że oj, oj…”
   „Publiczne wystąpienie, kazanie, a ja się nawet nie pomodliłem. Pewnie nie zostanę zrozumiany, a starsze osoby nie podejdą i nie powiedzą: „Ale ksiądz dzisio fajnie mówił”. Oj, oj… jak bardzo chciałbym wrócić do relacji sprzed miesiąca…”

    Czy sparaliżował Cię kiedyś podobny strach? Czy zwątpiłeś/aś w Bożą obecność i moc? Czy bałeś/aś się, że Bóg zrobi Ci na złość i „zemści się”? Jeśli odpowiedziałeś/aś twierdząco chociaż na jedno z tych pytań, zadaj sobie kolejne, retoryczne: Zawiódł Bóg, czy ja? Zmieniła się moja wiedza o Nim, czy mój sposób myślenia o Nim? Bóg mnie odrzucił, czy szatan chciał mi to wmówić?

    Rozumiem, że tak jak my, nie chcesz przeżywać efektu oj-oj. Co zrobić, by się przed nim obronić? Czy to w ogóle możliwe? Więcej o tym już wkrótce. Zostańcie z Bogiem.

środa, 2 marca 2011

Z cyklu: "Kroniki Przybytku"

14.02.2011, 22:25 – pierwszy dzień semestru letniego
R: Halo?
T: Servus. Kiedy będziesz w Wawie?
R: Nie wiem. Na razie mam robotę. Póki jest śnieg, to będę uczył. Zwłaszcza, że warszawskie ferie się zaczęły.
T: Jasne. Kasa się przyda. Będzie miał kto ciastka do kawy kupować… Ale też studia czekają.
R: No, no. Jak przyjadę to coś podziałam z tym moim niemieckim, egzegezą… Wiesz, nie można Bogu służyć i mamonie.
T: Co racja, to racja… To na razie.
R: Czjus.


24.02.2011, 20:05 – drugi tydzień semestru letniego
T: Halo?
R: Dobry. Ty, zeskanowałbyś mi podręcznik do niemieckiego i wysłał na mejla?
T: No. Co dokładnie?
R: To by był czapter funf i czapter zex.
T: Ehe.
R: Ist das klar?
T: Si.


01.03.2011, 7:00 – zwykły dzień semestru letniego
T: R, ałfsztejen (dźwigaj swój zacny kuper!)! Idziemy na modlitwę, a potem bierzemy się za egzegezę.
R: emm… mh.. ymhmm…
T: Słyszysz? Szkoda dnia. Poza tym, o 9 są zajęcia.
R: Nie idę, gardło mnie boli. 
T: Co za lama…


01.03.2011, 21:00 – zwykły dzień semestru letniego c.d. – modlitwa w Przybytku (codziennie o 21:00)
R: Halo, wchodźcie, wchodźcie. Fajnie, że przyszliście.
T: Macie może jakieś szczególne prośby, dziękczynienia?
D: O Bogusia, żeby wyzdrowiał..
P: O kolosa z greki..
R: Żebym wszystko pozaliczał
T: …eee… módlmy się…


R: Panie Boże, …
Netbuk należący do R: „baza wirusów została zaktualizowana…”
Wszyscy w myślach: taa…


02.03.2011, 10:14  – jeszcze bardziej zwykły dzień semestru letniego
R: Na studiach można się strasznie rozleniwić, stracić formę, zyskać brzuch.
T: Ciężkie to życie intelektualistów…
R: Przy książkach się idzie tak zasiedzieć, w ogóle w mieście, w Wawie…
T: No, zwłaszcza, że Ty tu już siedzisz aż 38h. Całe szczęście, że od przybytku głowa nie boli.
R: Od naszego Przybytku może rozboleć. Jestem zmęczony, muszę się zdrzemnąć.

wtorek, 1 marca 2011

Fraszka: "Na fejsbuka"

Mordoksiążka wydyma błękitne swe lica
Od rana w szwach trzeszczy główna tablica
To lubię, lubię to! powiadają znajomi
bardziej niż Ciebie twych wpisów łakomi


coś robił?, gdzieś była?, i z kim się zadawał?
czyś wolny?, zajęta?, swe zmysły postradał?
wolności wolność, ekshibicjonizmu skraje
wszystko wszystkim znane po najdalsze kraje…


Swe kontakty utrzymać – to główny argument
i naszych relacji upadku dokument
bo jak po Persji Grecja, a po Grecji i Rzym
tak po n-k fejs, a po nim inny weźmie prym


Lecz co też my, biedni, rzec o tem wszystkiem mamy?
Wszyscy konta mają – my nie zakładamy
Jeden tylko poświęcił cenne swoje życie
Gloria Ci Skrzacie, choć sczeźniesz w niebycie


A mnie? jaki los przeznaczon? cóż pozostaje?
Inny ja niż reszta, dobrze mi się zdaje?
Nad biurkiem mym spoczywa tablica korkowa
tam przypnę karteczkę: „mara społecznościowa”