sobota, 2 lutego 2013

Czysty pokój

Ostatnio zainteresował mnie werset z Listu do Rzymian 5,1: „Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Wiem, że kiedyś, mimo że nie wypowiedziałem Mu wojny, nie cieszyłem się pokojem. Teraz jednak sprawa wygląda zupełnie inaczej, z czego się niezmiernie cieszę. Jak jednak wygląda ten pokój, który mam z Bogiem? Zerknijmy na to z pewnej perspektywy… 

Wyobraźmy sobie jak wygląda pomieszczenie, pokój, który dzielą trzej bracia. (Można to sobie tylko wyobrażać. Wyobrażenie będzie i tak dalekie od rzeczywistości.) Niepościelone łóżka, skarpetki rzucone na swoje miejsce, czyli w promieniu 2 metrów od kosza na brudną bieliznę. Ciuchy używane przez tydzień przewieszone przez każdy istniejący fotel/krzesło. Szafy kipiące niezbyt dobrze poskładanymi ubraniami. Oczywiście otwarte, bo jak to wszystko podomykać. Rozłożona deska do prasowania, pokryta tym wszystkim, co nie zmieściło się na fotelach/krzesłach. 

Prędzej czy później przychodzi sobota – dzień w którym zwyczajowo trzeba to wszystko posprzątać. Dwaj bracia pracują poza domem. Trzeci wybrany na ochotnika zostaje i sprząta. Idzie mu nie najgorzej. Po około 5 godzinach sprzątania pokój lśni czystością i porządkiem. Nagle wracają dwaj bracia. Spodnie ubłocone, skarpetki od trocin, koszulki nie pierwszej (i nie drugiej) świeżości. Rzucają robocze ciuchy w ich tradycyjne miejsca: podłoga, fotele/krzesła, deska do prasowania, biurka. Nie wypowiem tego, co myśli teraz brat, który sprzątał. 

Ktoś może powiedzieć, że sprzątać można nie tylko w sobotę (powiedzcie to sprzątającemu!). Jeśli się bałagani, to trzeba sprzątać częściej, może nawet codziennie. Oczywiście, tylko nikt nie chce, żeby jego życie obracało się wokół sprzątania. Lepszym pomysłem jest utrzymywanie porządku. Lepiej jest szanować pracę, którą się wykonało, albo ktoś wykonał za nas. 

Dlaczego o tym piszę? Po przeczytaniu wyżej przytoczonego wersetu uświadomiłem sobie, że niestety często moje dni wyglądają tak, że wracam zmęczony i brudny i zaśmiecam pokój, który dzielę z Bogiem. Oczywiście Bóg obiecał, że: „Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.” (1 J 1,9) Problem w tym, że czasem moje życie obraca się tylko wokół sprzątania. Tzn. ja brudzę, Bóg sprząta. Albo inaczej. Bóg posprzątał pokój, żebym z Nim mieszkał, a mnie stać tylko na to, aby zasypiając wieczorem wymamrotać tylko: „to posprzątasz Boże, co? Proszę…” 

Jestem usprawiedliwiony z wiary. Nie toczę z Bogiem wojny, ale mam z Nim pokój. Jednak zamiast usiąść i wypić z nim kawę, pogadać, powspominać i pośmiać się, każę mu codziennie sprzątać te same rzeczy. Tymczasem Bóg chce być w tym pokoju współlokatorem, a nie tylko sprzątaczką.

Machlon

wtorek, 29 stycznia 2013

"Boże mój, nie zwlekaj" cz.2

Nie pamiętam już, kiedy stałam przed Bogiem pokorna, uniżona, bez najmniejszych oczekiwań, otwarta na absolutnie każde Jego Słowo. Bez żadnego „ALE”, bez wtrącania swoich pięciu groszy, trzech groszy, czy nawet jednego. Zdecydowanie częściej przychodzę do Boga z gotową listą oczekiwań. Nie bez powodu obok wersetu „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Jego będzie błogosławione” zanotowałam w swojej Biblii: „Błogosławiłam. Teraz to już chyba możesz wrócić mi to, co zabrałeś.”, a kiedy jakoś długo zwrócić nie chciał, w przypływie złości dopisałam: „Kto daje i odbiera....”. Gdybym była mężczyzną, z pewnością miałabym na imię Kain. 

W Przypowieści Salomona czytamy, iż ofiara bezbożnych budzi wstręt. Historia Kaina pozwala pójść o krok dalej i postawić tezę, iż ofiara pobożnego również ten wstręt może budzić. Bycie pobożnym nie chroni przed zbłądzeniem. Bóg swoim przenikliwym wzrokiem jest w stanie ocenić, czy najlepsze czyny pobożnego naprawdę są szczere, wypływają z głębi serca. Czy raczej z chęci bycia docenionym, z rutyny religijnego życia lub przekonania, że w zamian za naszą nienaganną postawę otrzymamy od Boga coś w zamian, zostaniemy wysłuchani, spełnią się nasze oczekiwania. 

W mojej relacji z Bogiem bardzo często przybieram tę ostatnią postawę. Oczekuję od Niego, że mnie wysłucha, że da to, o co proszę. I jestem pełna niecierpliwości, kiedy okazuje się, że Bóg zwleka z odpowiedzią. Balansuję na krawędzi. Niewiele brakuje, żeby przekroczyć granicę opanowania na rzecz złości, wyrażanej w słowach: „Przecież obiecałeś, że jeśli poproszę z wiarą, otrzymam!”. W takich momentach przypominam „Ikara” stojącego nad przepaścią pędzla Williama Blake. Ikar również był bardzo niecierpliwy. Nie zważając na głos rozsądku Dedala, wziął los w swoje ręce. Za lekkomyślność, niecierpliwość, przekonanie, że świat leży przed nim otworem, tylko dlatego, że on chce ten świat odkrywać, przypłacił życiem. Ikar również miał niepokorną, roszczeniową postawę. Nie tyle wobec Boga, co świata właśnie. Spodziewał się, że jego młodość rozgrzeszy go ze wszystkich głupstw, że nic złego nie może go spotkać. Najboleśniej się pomylił. 

Historia Kaina oraz, paradoksalnie, niebiblijna, mitologiczna historia o Ikarze uczą, że człowiek nie powinien swoich oczekiwań przedkładać przed oczekiwaniami samego Boga. Przed oblicze Najwyższego powinniśmy przychodzić nastawieni w pierwszej kolejności na słuchanie. Nie zaś mówienie. W potoku słów łatwo się zagubić. Pomieszać to, czego oczekuje od nas Bóg z tym, co nam wydaje się słuszne. 

Ludzie, żyjący w I w. p. n. e. również mieli jasno określone oczekiwania wobec Chrystusa. Gdy Ten przybywał na osiołku do Jerozolimy, wiwatowali na Jego cześć. Spodziewali się bowiem, że urzeczywistni ich marzenia o wyzwoleniu spod panowania rzymskiego. Sytuacja jednak uległa komplikacji, gdy okazało się, iż Jezus wcale nie zamierza spełniać ich życzeń. 

Głośno wykrzykiwane słowa „Ukrzyżuj Go” są wyrazem ogromnego rozczarowania postawą Chrystusa. Ludzie nie mogli zrozumieć, dlaczego ich wspaniały plan nie został sfinalizowany. No bo przecież oni zachowywali się bez zarzutu: 

Wielbili Jezusa? – Wielbili. 

Wołali „Hosanna”? – Wołali! 

Wyznawali swą wiarę? – Jak najbardziej! 

Mało tego, rzucali Mu pod nogi gałązki, a nawet własne płaszcze! 

A On... nic. W ogóle się nie odwdzięczył. To naprawdę straszne, jak bardzo zawiedli się na swoim Bogu... 

Czytając fragment o tryumfalnym wjeździe Jezusa do Jerozolimy, przekonuję się, iż nie tylko ja mam problemy z pokornym, uniżonym przyjściem przed oblicze Stwórcy. Nie wiem, czy jest coś trudniejszego od całkowitego otwarcia się na każde Jego Słowo. Nawet to, a może właśnie przede wszystkim to, które niekoniecznie przystaje do naszego pomysłu na życie. 

A przecież już na szkółce niedzielnej można dowiedzieć się, że drogi wyznaczone przez Boga są dla nas najlepsze. W swoim życiu również niejednokrotnie przekonywałam się, iż Bóg obdarowywał mnie o wiele lepszymi dobrami od tych, o które sama dla siebie prosiłam. Tym bardziej więc nie rozumiem, z czego wynika ta roszczeniowa postawa człowieka wobec Stwórcy. 

Pozostaje mi więc tylko życzyć Wam i sobie, abyśmy potrafili przychodzić przed oblicze Boga wyzbyci z własnych oczekiwań, otwarci tylko i wyłącznie na to, co On ma nam do powiedzenia. Nastawieni na słuchanie.

Kalima

sobota, 26 stycznia 2013

"Boże mój, nie zwlekaj" cz.1

Bardzo nam miło gościć w przybytku osobę nietuzinkową. Osobę, której szczerość i kunszt literacki  stanowią niezwykłe narzędzie w Bożych rękach. Jednocześnie dziękujemy, iż autorka zgodziła się podzielić z nami swoimi przemyśleniami. Zapraszamy wszystkich do lektury niezwykle wartościowego tekstu.

***

Wiele, wiele lat temu wpadłyśmy z koleżanką na wspaniały pomysł (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało...). Chciałyśmy zorganizować uliczny happening. Znalazłyśmy chętnych ludzi,
skompletowałyśmy stroje, załatwiłyśmy fireshow. Całość byłyśmy gotowe pokryć z własnych dziesięcin. Potrzebowałyśmy tylko zgody proboszcza parafii oraz władz miasta. Oczywiście potknęłyśmy się już przy pierwszej przeszkodzie, czyli uzyskaniu aprobaty ze strony parafii. Byłyśmy załamane i wściekłe. Załamane, ponieważ naprawdę wierzyłyśmy w wielki potencjał naszego pomysłu (tak, to były jeszcze czasy, kiedy miałam takie skrajnie odrealnione hippiczne fantazje). Natomiast wściekłe na fakt, iż kościół jest skrzętnie zamykany przed młodymi ludźmi, którzy chcą działać, mają pomysły i nie oczekują niczego ponad zgodę- nawet nie werbalną, milczącą chociaż. Nie mogłyśmy zrozumieć jeszcze jednego. Najważniejszego. 

Boga. 

No bo jak to?! Przecież miałyśmy tak wspaniały pomysł! Tak wszystko pięknie ułożyłyśmy! Tak po Bożemu miało być. Miałyśmy o Chrystusie opowiadać. Miałyśmy dotrzeć do tak wielu ludzi. I co? No właśnie nic. Jak to możliwe, że Bóg nie zadziałał? Że nie pstryknął swoimi wielkimi Boskimi Palcami? Nie pomógł? Jak to możliwe? Dlaczego nie podpisał się pod tak znakomitym, pobożnym pomysłem? 

Choć od tamtego wydarzenia minęło wiele lat, ja nadal nie wyciągnęłam odpowiednich wniosków. Przy różnych okazjach dziwię się i pytam Boga, dlaczego nie działa wtedy, kiedy mnie wydaje się, że powinien, że to właśnie idealny moment na Jego ingerencję. Zachowuję się jak Kain:
"Dzień dobry, Boże. Przyniosłam ofiary. 5 pomarańczy, trzy brzoskwinie, siedem kłosów pszenicy, cztery żyta, trochę cynamonu i lubczyku, bo ostatnio się z nich ucieszyłeś. No i pół buraka. Wszystko wyliczone, wszystko przemyślane. Proszę bardzo. Ładnie zapakowałam w ozdobny papier, na pewno Ci się spodoba. Przewiązałam tasiemką za 2,99, żółtą, do koloru. Dar jak ta lala. Wszystko według pobożnego wzoru. No chyba mi teraz nie powiesz, że coś nie gra? Za mało buraka? Za dużo pomarańczy? Przecież wszystko obliczyłam! Ewentualnie mogę jeszcze dorzucić pomidora... Nie? Ale przecież wszystko tak pięknie udekorowałam! A Tobie się nie podoba? Jakim prawem nie przyjmujesz mojego daru? Co to znowu za fanaberie? Zadziałaj! Pobłogosław! No już!
"Boże mój, nie zwlekaj!"". 

Kilka dni temu przypadkiem trafiłam na jakieś biblijne forum internetowe. Jeden z użytkowników zapytał, „dlaczego Bóg zamiast ofiary z płodów ziemi wolał krwawą ofiarę ze zwierzęcia”. Inny zaś udzielił mu na pozór bardzo logicznej odpowiedzi: „Bo to bóg nomadów.”. Trochę prawdy w niej jest. Bóg w istocie jest Bogiem nomadów. Jednocześnie jednak nie możemy zapominać, że jest również Bogiem wielu innych ludów, tych rolniczych także. Zatem założenie, iż Bóg jest Bogiem nomadów absolutnie nie determinuje przyjęcia przez Niego wyłącznie ofiary Abla. Dlaczego więc odrzucił ofiarę Kaina? 

Odpowiedź znajduję w Przypowieści Salomona 21,27: „Ofiara bezbożnych budzi wstręt” oraz w liście do Hebrajczyków 11,4: „Przez wiarę złożył Abel Bogu wartościowszą ofiarę niż Kain.”. Jak widać starotestamentowa przypowieść nie opowiada o profitach, wynikających ze spełniania Bożych zachcianek, o opłacalności przygotowywania lepszych, bardziej godnych ofiar. Mowa jest raczej o nastawieniu, z jakim człowiek przychodzi przed Boże oblicze. Rozszerzając tę myśl, mowa również o postawie, jaką przybieramy podczas czynienia dobra w ogóle. 

Można by łudzić się, że przynależność do Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego powinna uchronić mnie od postawy roszczeniowej pt.: „Dzisiaj zrobiłam trzy dobre uczynki, więc odpuść mi, Boże, to, to i tamto, albo w najgorszym razie choć wejrzyj na mnie łaskawiej.”. Nic bardziej mylnego. Prawdę mówiąc, resztki instynktu samozachowawczego nie pozwalają mi na tak bezpośrednią postawę. Nie zmienia to jednak faktu, iż zwykle przemycam ją w nieco bardziej umiarkowany, zakamuflowany sposób.

Kalima

***

Już wkrótce druga, ostatnia część tekstu naszego gościa.

środa, 23 stycznia 2013

Doceniam!

Bóg objawił się również w prostych, małych rzeczach. Można więc powiedzieć: błogosławiony jest ten, który umie się z nich cieszyć. Bo cóż osobliwego czynimy, kiedy cieszymy się z wielkich rzeczy? 

Mam dużo pieniędzy, mam duży dom, mam świetny samochód. Jednak nie chodzi o to, by mieć. Czy myśleliśmy, co stanie się kiedy przestaniemy być zdolnymi do cieszenia się z tych rzeczy? Np. choruję, muszę przez miesiąc leżeć w domu, nie mogę nic jeść, bo gardło boli mnie tak bardzo, że ledwo przełykam ślinę. Nie mogę nigdzie wyjść, bo nie mam sił. Co mi po pieniądzach, kiedy moja choroba uniemożliwia mi ich wykorzystywanie? Co mi po dużym domu, kiedy muszę mieszkać w nim sam? Co mi po świetnym samochodzie, skoro sam nie jestem w stanie go prowadzić? 

Kiedy spotykają nas przykre doświadczenia, choroby, niemoc, wtedy doceniamy to, co mogliśmy robić. Choć było to na pozór niewiele. 

Dlatego w życiu nie chodzi o to, żeby mieć więcej. W życiu nie chodzi o to, żeby poprzeczkę luksusu podnosić coraz wyżej i wyżej (jeżeli tylko masz bogactwo, dziękuj Bogu i módl się, żeby nie stało się ono dla Ciebie przekleństwem). W tym kontekście można powiedzieć, że w życiu chodzi o to, żeby cieszyć się z tych małych, prostych rzeczy, które są tak samo wielkim darem, jak te z wysokiej półki. 

Darem jest to, że możesz jeść, kiedy inni nie jedli już nawet dwa miesiące (w szpitalu). Darem jest to, że możesz wstać z łóżka, kiedy inni są do niego przykuci czasem przez całe życie. I w końcu darem jest to, że masz rodzinę, masz z kim napić się kawy (pij kawę, ale uważaj na Hertz (serc) klekoty), masz miłość i ludzi wokół siebie. 

Czy doceniamy małe rzeczy? 

Kilion

niedziela, 13 stycznia 2013

Słoneczniki w piwnicy

Wydaje mi się, że werset Iz 9,1: „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie, nad mieszkańcami krainy mroków zabłyśnie światłość” można uznać za sztandar świąteczno-noworocznego maratonu nabożeństw. Oczywiście nie w każdym czytanym/rozważanym fragmencie się pojawiał, ale motyw światła jest bardzo charakterystyczny dla wspomnianego okresu.

Zadziwiające, że ten obraz, motyw w dalszym ciągu mówi nam tak wiele, chociaż żyjemy w zupełnie innym świecie, niż ten, w którym powstawał tekst biblijny. Nauczyliśmy się zastępować słońce na wiele różnych sposobów. Nie czujemy się ograniczeniami porami dnia czy roku. W domach pomontowaliśmy systemy oświetleniowe tak, że cały czas mamy widno i nie dopuszczamy myśli, że mogłoby być inaczej. Żyjemy w systemie: „chcesz mieć światło – pstrryk – i masz”. Nic wielkiego z tą światłością i ciemnością.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sytuacja w domach była inna. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego, kiedy przychodził rachunek za prąd, babcia mówiła, że musi zapłacić światło. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że kiedyś jedynym urządzeniem elektrycznym w domu była żarówka (często jedna). To już daje bardziej do myślenia. Koniec końców przyznajemy, że do życia ludzi, zwierząt, roślin potrzebne jest światło słoneczne, czy jakieś tam inne. Generalnie światło się przydaje. W ciemności nie pożyjemy zbyt długo. Kropka.

Dla mnie w tym względzie dobrym przykładem jest słonecznik. Słonecznik bardzo lubi i potrzebuje słońca do wzrostu i owocowania, stąd zapewne jego nazwa. Fascynuje mnie fakt, że słonecznik potrafi obracać swoim łebkiem tak, aby padało na niego jak najwięcej promieni słonecznych, potrafi „podążać” za słońcem. My nazywamy się chrześcijanami. Czy bardzo lubimy i potrzebujemy do życia i wydawania dobrych owoców Chrystusa, od którego wzięliśmy nazwę? Czy szukamy jego światła każdego dnia tak, aby jak najwięcej jego promieni padało na nasze twarze? Czy podążamy za Nim?

Znajomy ma takie powiedzenie: „z gupim nie porządzisz, po ćmi nie poczytosz”. Nie uprawiajmy więc słoneczników w piwnicy.

Machlon