Tak się składa, że w życiu niektóre rzeczy przyjmujemy z
aprobatą, a inne, no cóż, powiedzmy w tym miejscu, że bez aprobaty. Gdybyśmy
jednak chcieli użyć ostrzejszych słów, trzeba by powiedzieć, że w przypadku
niektórych rzeczy, prędzej zostaniemy księdzem, niż coś zaakceptujemy. (Dodam
tak na marginesie, że niektórzy zostali księżmi, a potem musieli pewne rzeczy
zaakceptować.)
Nie inaczej jest z „prawdami biblijnymi”. Łatwo zgodzić się
na usprawiedliwienie z łaski przez wiarę. Dlaczego? Bo to „za darmo”, czyli
bezwarunkowo. (No, wiara też wymaga czasem niemałego wysiłku, ale jak to mawiali
starożytni Rzymianie: „to już inna para kaloszy [gumioków]”). Łatwo zgodzić się
z fragmentami mówiącymi o tym, że Bóg jest Zbawicielem, że kocha wszystkich
ludzi, że chce nam pomagać w codziennym życiu. To wszystko jest nam przecież
„na rękę”. Ale co z fragmentami, które wymagają od nas, jak się wydaje, „za
dużo”? Np. „(…) w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie” (Flp
2,3b). O nie, Boże. Chcesz ode mnie czasu – znajduję go w moim grafiku wypełnionym
lakjowaniem na fb. Chcesz ode mnie dziesięciny – przełykam ślinę, zaciskam zęby
i daję Ci kasę, która mogę przecież wydać na czipsy i piwo (ewentualnie inne
zainteresowania). Ale mam się uważać za niższego? – newerinmajlajf! Senkju,
senkju, baj.
A jednak. „Ktokolwiek by chciał być między wami wielki,
niech będzie sługą waszym” (Mt 20,26). Ach… ta Boża logika. Ale przecież
przyjmując usprawiedliwienie z łaski przez wiarę nie narzekaliśmy na bożą
logikę. Wniosek: mamy uważać innych za wyższych od siebie i już. Koniec kropka.
Spotkałem kiedyś gościa, którego uważałem za wyższego. Ale
to dlatego, że… był wyższy. O jakieś 20 cm. I w dodatku szerszy, szczególnie w
barach. Wyglądał też na silniejszego ode mnie. Tak mi się wydawało. I chociaż
robię codziennie kilka pompek wolałem nie sprawdzać, czy moje przypuszczenia są
słuszne.
Pewnych ludzi nie trudno uważać za wyższych. Ale co w
przypadku ciecia z szatni, kat… eeee… innowierców? Co w przypadku cyganów
żebrzących w tramwaju, kierowców ze stolicy? Oni też są wyżsi od nas? Powinni
być. Nie możemy dodać do swojego wzrostu nawet jednego łokcia (Mt 6,27). To
fakt. Ale tu chodzi o coś przeciwnego. Bo żeby inni byli wyżsi nie możemy ich fałszywie powiększać. Musimy pomniejszyć siebie. Łokieć, może dwa. Zależy jak bardzo
urośliśmy w swoich oczach. To jest właśnie najtrudniejsze. Tak, tak. Pora
zmazać te wszystkie kreski i daty, które zrobiliśmy na futrynach drzwi własnej
samooceny. Oczywiście nie mówię o zdrowej samoocenie. Mówię o zbyt wysokim
mniemaniu o sobie, które wyrosło niczym wieża Babel na zdrowym fundamencie
samooceny.
Myśleliście kiedyś jak to jest być Bogiem i stać się
człowiekiem? Zakładam, że nie. (Jeśli tak, to zastanawiam się, z jak wysoka
spadliście na głowę.) Jezus prawdopodobnie o tym myślał (On nie spadł na
głowę). Prawdopodobnie każdego dnia, który chodził po ziemi. (Piszę
prawdopodobnie, bo kto by tam wiedział, co Jezus sobie myślał). Sęk w tym, że
gdyby nie uznał nas za wyższych od siebie, gdybyśmy nie byli dla Niego
cenniejsi niż Jego własne życie, to nie byłoby żadnego zbawienia. Chyba, że to
przez Zakon. Ale to jest kosmos. Nie do zrobienia.
I tak, my chrześcijanie, którzy trąbimy na prawo i lewo, że
trzeba naśladować Chrystusa, musimy teraz stanąć przed ciężkim wyborem. Naśladować
Mistrza, a to znaczy z pokorą uznawać innych za wyższych od siebie, czy nie
uznawać innych za wyższych od siebie i tym samym naśladować Chrystusa „tylko po
części”. Też wam coś mówi, że ta druga opcja to „szemrane uczniostwo”?
Zatem wszystko jasne. Chociaż trudne do zaakceptowania z
aprobatą. Życzę pomyślności.
Machlon
"teraz bede skromny i uwazal sie za nizszego" czy to nie kolejna gierka chrzescijanskiego ego?
OdpowiedzUsuńa moze wszyscy sa sobie rowni?
P.S. Dobry, angielski akcent!
Nie mieszajmy do tego towarzysza gierka, Pani(e) Anonimowa/y. A tak na poważnie, to przepraszam, ale nie rozumiem co kryje się pod wyrażeniem "gierka chrześcijańskiego ego". Proszę o szczegółowe wyjaśnienie terminów. Nie chce dyskutować nie rozumiejąc sprawy.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o równość, to wcale nie jesteśmy dla siebie równi. Nie myślimy o ludzkości jako społeczności równych ludzi. I prawdopodobnie nigdy nie będziemy tak myśleć. Chociaż tyle się walczy o prawa człowieka, o równouprawnienie. Pewnie gdybyśmy stanęli przed tragicznym wyborem: które miasto ma być zniszczone - Nowy Jork, czy Dżakarta [Indonezja] (liczba ludności porównywalna w obu przypadkach, ok 8,5 mln) wybralibyśmy Dżakartę, bo ich „mniej szkoda”. Nowy Jork jest przecież w Ameryce.
Wybaczcie, jeśli to zbyt sarkastyczne. To jest oczywiście abstrakcyjny przykład, ale czy nie obrazuje trochę naszego myślenia? Tak więc ludzie nigdy nie będą równi w oczach ludzi.
Najważniejsze, że w kontekście zbawienia, w oczach Boga, jesteśmy wszyscy równi. Ci z Afryki wcale nie muszą robić więcej niż Ci z Ameryki. Mnie to pasuje. Gdyby w tym życiu Bóg kazał nam piąć się w górę jakiejś bożej hierarchii, żeby się zaklasyfikować do zbawienia, pewnie wysoko bym nie zaszedł. Skoro więc Bóg traktuje nas jako równych, my też spróbujmy. Chociaż spróbujmy…
Uważanie innych za wyższych od nas nie jest łatwe, bo jest wbrew naszej naturze. My za automatu dążymy do czegoś całkiem przeciwnego. My chcemy być wyżsi, chcemy władzy nad innymi, wpływów. Pokorne uznawanie innych za lepszych nie przyjdzie samo. O to się trzeba modlić (banał, co?). Ale kto by się teraz modlił o takie rzeczy. Przecież w naszym rozumieniu to „działanie na własną szkodę”…
Fascynujące jest jednak to, że w Biblii są teksty, które mówią o pewnej hierarchii w niebie (Mt 5,19). Przecież niebo to ma być komuna w idealnej postaci. A może te teksty wcale nie chcą mówić o niebieskiej hierarchii? Może one chcą nas tylko zachęcić do bycia „sługą” innych tu na ziemi? Nie wiem, nie potrafię tego wyjaśnić…
P.S. Dziękuję za skomplementowanie akcentu. Oglądam dużo „Lippy and Messy”.