Mamy XXI wiek i całkiem zaawansowaną technikę. Nie posiadamy jeszcze co prawda urządzeń do teleportacji, wehikułów czasu, kieszonkowych dezintegratorów molekularnych (przydałby się do usuwania z talerzy zaschniętych płatków kukurydzianych. Próbowaliście je kiedyś zdrapać? Płatki powinny mieć gwarancję PoxiPolu). Nie możemy sobie powiedzieć „dalej, dalej nogi inspektora Gadżeta” i wskoczyć przez okno do mieszkania na szóstym piętrze. Ale mamy „test na ojcostwo” – cud techniki, doskonała odpowiedz na potrzeby współczesnego społeczeństwa. Tak, do Przybytku doszły słuchy, że „test na ojcostwo” można kupić w aptece tak samo łatwo, jak rutinoscorbin.
Strony internetowe podają, że „Mężczyźni, którzy nie są pewni, czy są rzeczywiście ojcami dzieci, które wychowują, już wkrótce będą się mogli upewnić używając testu DNA”. Jakież wspaniałe ułatwienie! Panaceum! Koniec tej permanentnej niepewności, która nie pozwala w nocy spać, a w dzień cieszyć się życiem. Trzeba tylko uważać, bo te same strony, które zwiastują nam tę dobrą nowinę, ostrzegają: „Producenci donoszą, że niemal połowa testów ujawnia, iż mężczyzna nie jest biologicznym ojcem domniemanego dziecka”. Taka wiadomość może zmumifikować dotychczasową radość.
A tak na poważnie, nie życzymy nikomu takiego „testu”. Mamy nadzieję, że „test na matczyność” w aptekach pojawi się dopiero, gdy do owej apteki będziemy mogli się teleportować.
Jak dobrze, że na Boże Ojcostwo nie trzeba wykonywać żadnych testów…
a ja słyszałam, że tylko 30% mężczyzn wychowuje swoje biologiczne dzieci...
OdpowiedzUsuńTa statystyka obejmuje też adopcje i drugie małżeństwa? Doczytaliśmy się tylko, że w przypadku przeprowadzonych testów, połowa to wyniki negatywne...
OdpowiedzUsuńja tam jestem pewien, że wychowuję swoje dziecko! :D
OdpowiedzUsuńa my jesteśmy penwni, że nie mamy dzieci;P
OdpowiedzUsuń