Po krótkiej przerwie powracamy do podjętego zagadnienia…
Streszczając kilkanaście wieków teologicznych rozpraw zawartych w licznych grossbuchach, można powiedzieć, że efekt oj-oj wynika z trwałej, wrodzonej niezdolności człowieka do zwracania się ku Bogu, do wypełniania Bożej Woli. Wydaje się wiec, że efekt oj-oj jest w naszym życiu nieunikniony, nie możemy się przed nim obronić. Pies pogrzebany, umarł w butach, kaplica. O czym tu jeszcze mówić? Jak nie da rady, to nie da rady. A jednak próbujemy. Próbujemy, bo czujemy gdzieś w środku, że jesteśmy przeznaczeni i powołani do czegoś lepszego. Człowiek został stworzony do relacji z Bogiem, więc od zarania dziejów robi wiele, by Boga poznać i się do Niego zbliżyć. Z różnym skutkiem…
Na początku szło przaśnie. Były jakieś ołtarze, ofiary, potem świątynie, nakazy, zakazy, przykazy, wykazy, okazy… Generalnie skazy. Nie wielu dawało radę, właściwie nikt. Ale szacunek pionierom. Jednak nawet teraz, kiedy odpuszczenie grzechów, pojednanie z Bogiem i zbawienie są „za darmo”, trwanie przy Nim nie idzie nam za dobrze.
Przyznamy się, że nasza relacja z Bogiem (nasza, ludzka strona tej relacji) może być opisywana przez sinusoidę (taka falista kreska). Raz na wozie, raz w nawozie, jak mówi znane porzekadło. Jak to w życiu, a życie jest nowelą… Ciekawe (i oczywiste) jest jednak to, że „wzwyżka formy” następuje przed sytuacjami, które są dla nas wyzwaniem, które są stresujące i wiemy, że sami sobie z nimi nie poradzimy. Ot i cała nasza bezinteresowność, nasza natura w pełnej okazałości. I wiecie co? Trzeba ją zaakceptować, zaakceptować, to znaczy przyjąć do wiadomości, zrozumieć i DĄŻYĆ do poprawy, nieustannie. Taka akceptacja nie może nas w żaden sposób przed Bogiem usprawiedliwiać. Od usprawiedliwienia jest Chrystus. On doskonale wie, że mamy tendencję do przychodzenia z dwiema rybkami i pięcioma chlebkami. Ma też wszelką Moc, by narobić z tego tyle filetów i tyle kromek, żeby starczyło dla tysięcy. A my możemy zrobić jedynie „aaaa…” i nakruszyć.
Wiemy zatem, że efekt oj-oj jest nam przypisany, jest naszą przypadłością, skazą. Jednocześnie chcemy z nim walczyć i minimalizować jego skutki w naszej relacji z Bogiem. Na czym może polegać ta akceptacja? Jak DĄŻYĆ, żeby nadążyć? O tym w kolejnym poście z serii „Teologia Bolka i Lolka”.
Czekamy na więcej! A fragment o filetach, kromkach, naszym 'Aaaa..." i nakruszeniu znam już na pamięć:)Przed NIM tylko "Aaaa..." możemy zrobić!
OdpowiedzUsuńKrusząca:)