Bardzo nam miło gościć w przybytku osobę nietuzinkową. Osobę, której szczerość i kunszt literacki stanowią niezwykłe narzędzie w Bożych rękach. Jednocześnie dziękujemy, iż autorka zgodziła się podzielić z nami swoimi przemyśleniami. Zapraszamy wszystkich do lektury niezwykle wartościowego tekstu.
***
Wiele, wiele lat temu wpadłyśmy z koleżanką na wspaniały pomysł (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało...). Chciałyśmy zorganizować uliczny happening. Znalazłyśmy chętnych ludzi,
skompletowałyśmy stroje, załatwiłyśmy fireshow. Całość byłyśmy gotowe pokryć z własnych dziesięcin. Potrzebowałyśmy tylko zgody proboszcza parafii oraz władz miasta. Oczywiście potknęłyśmy się już przy pierwszej przeszkodzie, czyli uzyskaniu aprobaty ze strony parafii. Byłyśmy załamane i wściekłe. Załamane, ponieważ naprawdę wierzyłyśmy w wielki potencjał naszego pomysłu (tak, to były jeszcze czasy, kiedy miałam takie skrajnie odrealnione hippiczne fantazje). Natomiast wściekłe na fakt, iż kościół jest skrzętnie zamykany przed młodymi ludźmi, którzy chcą działać, mają pomysły i nie oczekują niczego ponad zgodę- nawet nie werbalną, milczącą chociaż. Nie mogłyśmy zrozumieć jeszcze jednego. Najważniejszego.
Boga.
No bo jak to?! Przecież miałyśmy tak wspaniały pomysł! Tak wszystko pięknie ułożyłyśmy! Tak po Bożemu miało być. Miałyśmy o Chrystusie opowiadać. Miałyśmy dotrzeć do tak wielu ludzi. I co? No właśnie nic. Jak to możliwe, że Bóg nie zadziałał? Że nie pstryknął swoimi wielkimi Boskimi Palcami? Nie pomógł? Jak to możliwe? Dlaczego nie podpisał się pod tak znakomitym, pobożnym pomysłem?
Choć od tamtego wydarzenia minęło wiele lat, ja nadal nie wyciągnęłam odpowiednich wniosków. Przy różnych okazjach dziwię się i pytam Boga, dlaczego nie działa wtedy, kiedy mnie wydaje się, że powinien, że to właśnie idealny moment na Jego ingerencję. Zachowuję się jak Kain:
"Dzień dobry, Boże. Przyniosłam ofiary. 5 pomarańczy, trzy brzoskwinie, siedem kłosów pszenicy, cztery żyta, trochę cynamonu i lubczyku, bo ostatnio się z nich ucieszyłeś. No i pół buraka. Wszystko wyliczone, wszystko przemyślane. Proszę bardzo. Ładnie zapakowałam w ozdobny papier, na pewno Ci się spodoba. Przewiązałam tasiemką za 2,99, żółtą, do koloru. Dar jak ta lala. Wszystko według pobożnego wzoru. No chyba mi teraz nie powiesz, że coś nie gra? Za mało buraka? Za dużo pomarańczy? Przecież wszystko obliczyłam! Ewentualnie mogę jeszcze dorzucić pomidora... Nie? Ale przecież wszystko tak pięknie udekorowałam! A Tobie się nie podoba? Jakim prawem nie przyjmujesz mojego daru? Co to znowu za fanaberie? Zadziałaj! Pobłogosław! No już!
"Boże mój, nie zwlekaj!"".
Kilka dni temu przypadkiem trafiłam na jakieś biblijne forum internetowe. Jeden z użytkowników zapytał, „dlaczego Bóg zamiast ofiary z płodów ziemi wolał krwawą ofiarę ze zwierzęcia”. Inny zaś udzielił mu na pozór bardzo logicznej odpowiedzi: „Bo to bóg nomadów.”. Trochę prawdy w niej jest. Bóg w istocie jest Bogiem nomadów. Jednocześnie jednak nie możemy zapominać, że jest również Bogiem wielu innych ludów, tych rolniczych także. Zatem założenie, iż Bóg jest Bogiem nomadów absolutnie nie determinuje przyjęcia przez Niego wyłącznie ofiary Abla. Dlaczego więc odrzucił ofiarę Kaina?
Odpowiedź znajduję w Przypowieści Salomona 21,27: „Ofiara bezbożnych budzi wstręt” oraz w liście do Hebrajczyków 11,4: „Przez wiarę złożył Abel Bogu wartościowszą ofiarę niż Kain.”. Jak widać starotestamentowa przypowieść nie opowiada o profitach, wynikających ze spełniania Bożych zachcianek, o opłacalności przygotowywania lepszych, bardziej godnych ofiar. Mowa jest raczej o nastawieniu, z jakim człowiek przychodzi przed Boże oblicze. Rozszerzając tę myśl, mowa również o postawie, jaką przybieramy podczas czynienia dobra w ogóle.
Można by łudzić się, że przynależność do Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego powinna uchronić mnie od postawy roszczeniowej pt.: „Dzisiaj zrobiłam trzy dobre uczynki, więc odpuść mi, Boże, to, to i tamto, albo w najgorszym razie choć wejrzyj na mnie łaskawiej.”. Nic bardziej mylnego. Prawdę mówiąc, resztki instynktu samozachowawczego nie pozwalają mi na tak bezpośrednią postawę. Nie zmienia to jednak faktu, iż zwykle przemycam ją w nieco bardziej umiarkowany, zakamuflowany sposób.
Kalima
***
Już wkrótce druga, ostatnia część tekstu naszego gościa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz